piątek, 30 listopada 2012

Requiem dla snu (Requiem for a dream)


Rok produkcji:2000
Gatunek: dramat psychologiczny, thriller

Użyję cytatu, który znajduje się na okładce książki “Requiem dla snu” wydawnictwa Niebieska Studnia. „Musiałem zrobić film na podstawie tej powieści, gdyż słowa aż palą jej stronnice”. Są to słowa reżysera, którym jest Darren Aronofsky (wspomniany także przy recenzji „Czarnego Łabędzia”). W pełni oddają charakter książki, ale teraz nie na nią kolej.
Zaczniemy jak zwykle. Bardzo dobra obsada aktorska –Ellen Burstyn (tutaj nominowana do Oscara)w roli Sary Goldfarb i Jared Leto wcielający się w postać Harrego.
Drugą zaletą filmu, na którą warto zwrócić uwagę jest oczywiście ścieżka dźwiękowa. Większość z nas zna te fascynujące utwory Clinta Mansella. O wielkim wpływie tego filmu na odbiorców  może świadczyć właśnie to, że ścieżka dźwiękowa, która się w nim pojawiła jest tak rozpoznawalna i często wykorzystywana w różnego typu spektaklach, inscenizacjach lub projektach.
Wadą dobrych i mocnych filmów, a niewątpliwie „Requiem…” się do nich zalicza, jest to, iż stają się aż nadto popularne. W momencie kiedy rozgłos jest tak wielki, że wszyscy bez wyjątku pragną go obejrzeć, niesie ze sobą błędne przesłania. Widzowie nie są bowiem gotowi na to, aby może nie tyle dostrzec najważniejsze kwestie, ale po prostu je poczuć. Jest to więc film szczególnie dla tych, którzy nie sięgają po niego tylko dlatego, że jest mocny, ale przede wszystkim inteligentny i nieprzeciętny.
Przejdźmy więc do fabuły filmu. Osobiście jestem zachwycona, ponieważ jeśli w ogóle odbiega ona od książki, to w bardzo niewielkim stopniu. Akurat jeśli chodzi o tak ważny element przekazu jakim jest fabuła, to faktycznie scenarzysta się popisał. 
            Niebanalne dialogi, ciekawe ujęcie problemów, przede wszystkim przez pokazanie pewnego rodzaju brutalności. Jest to bardzo ciekawy i może nie pomysłowy, ale przemyślany zabieg. Pokazanie tego jak narkotyki (w tym przypadku) są zgubne odbija na nas ślad, szok, który zdecydowanie dłużej będziemy pamiętać niż ciągłe zakazy i stwierdzenia „ćpanie jest złe”.  Ekranizacja trzyma w napięciu co jej niewątpliwym atutem.
            Od początku do końca śledzimy z zapartym tchem poczynania bohaterów i chociaż postępują w sposób niewłaściwy dla większości z nas, to mimo to, wciąż mamy nadzieję, że może się zmienią, może nas zaskoczą… Znajdą siłę, której nie umieli znaleźć… 
            Czy jednak tak się stanie musicie przekonać się sami. (Więcej o fabule i pomyśle znajdziecie we wcześniejszej recenzji książki). Z mojej strony dodam tylko to, że dla fanów mocnego, dobrego i przede wszystkim pouczającego kina jest to pozycja OBOWIĄZKOWA. 
-Miałam zły sen. -Przynieść ci wody? - Załadujemy?
- Już ci mówiłem. To wszystko co mamy. -Tyron z rana coś załatwi. -Nie jestem pewien. Jest cienko. -Będzie dobrze, zobaczysz. -Mam nadzieję. -Kocham cię.


czwartek, 29 listopada 2012

Iza Lach –Krzyk


              Na utwory tej niesamowitej artystki natknęłam się już w 2008 roku. Jednakże dzisiaj przedstawię Wam jej drugi album studyjny pod tytułem „Krzyk” wydany w 2011 r.  W pewnym momencie zrobiło się małe zamieszanie wokół osoby artystki, ponieważ nagrała remix piosenki Snoop Dogga (Snoop Liona). Wygrała tym samym konkurs, co poskutkowało wydaniem płyty zatytułowanej Off The Wire (2012r). Jednak nie o tym mowa w tej recenzji… Na początku, jak zazwyczaj, przedstawię Wam listę utworów z płyty.

"Futro" – 4:06
"Krzyk" – 3:22
"Chociaż raz" – 3:27
"Boję się" – 4:08
"Iść stąd" – 3:16
"G.I.C." – 2:38
"Nic więcej" – 3:20
"Tylko Mój" – 3:22
"Wydaje mi się" – 3:47
"Jeśli upadniesz" – 3:31
"Wstań" – 3:40
"Czy pamiętasz" – 3:30
"Zatrzymaj czas" – 4:06

            Oczywiście muzyka i gust w tej kwestii jest bardzo osobistą sprawą. Jednakże bardzo wam polecam tą konkretną artystkę. Słuchając jej piosenek doświadczamy przyciągającego i bardzo dziewczęcego głosu, który może zachwycić nawet wybrednego słuchacza.
            Dodatkowym atutem są teksty. Bardzo mądre i trafne stwierdzenia sprawiają, że czujemy się jakby dana piosenka była odzwierciedleniem naszego życia. Spokojne kawałki wprowadzają nas w dziwny stan, taki, który powoduje zamyślenie… Możemy zamknąć oczy i odpłynąć zamykając się na świat i zatracając w bardzo klimatycznej melodii.
            Przyznam, że mój ulubiony utwór to „Zatrzymaj czas”. Jest to niesamowita piosenka, która wprowadza odrobinę magii do naszego życia. Ciekawym kontrastem dla smutnych kawałków jest „Nic więcej”. Utwór jest utrzymany w nieco szybszej linii melodycznej, chociaż głęboki, prawdziwy tekst pozostaje za co wielki plus.
            Myślę, że warto śledzić dalszą karierę Izy Lach, ponieważ możne nas jeszcze wiele razy (jak najbardziej pozytywnie) zaskoczyć. Pozostaje mi tylko polecić Wam tą artystkę. Sądzę, że nie rozczarujecie się jej hipnotyzującym głosem, który może wpasować się w życie każdego z nas –zaczynając od największych smutasów, a kończąc na zwariowanych wesołkach. Muzyka dla każdego.   
Nigdy nie powiesz nic więcej,
choćbyś chciał i choć mnie trzymasz za rękę, puścisz i tak. 
Nic więcej 



środa, 28 listopada 2012

Szczęściarz (The Lucky One)


            Kolejna powieść Nicholasa Sparksa… W niektórych jego powieściach można dostrzec powtarzające się tematy, wałkowane bez przerwy wątki wielkiej miłości, które mogą ukuć nas nieprzyjemnie w sercu, w momencie, kiedy sami jej nie doświadczamy. Są jednak takie książki tego autora, że oprócz tego, że czytasz je z zapartym tchem, to dodatkowo wnoszą jakąś świeżość, cząstkę magii i pięknie pokazują, że może ona istnieć. Czytając takie powieści w każdym z nas może obudzić się natura romantyka i łapiemy się na tym, że pragniemy szczęśliwego zakończenia, chociaż jest tak bardzo oklepane. Dobrą cechą tych powieści jest to, że nie mamy zielonego pojęcia, czy faktycznie doświadczymy happy endu.
            Nasza historia zaczyna się od fotografii. Logan jest żołnierzem i zdecydowanie ma w życiu szczęście. Kilka razy otarł się o śmierć, ale zawsze wychodził cało nawet z największych problemów. Jest właśnie na misji w Iraku, kiedy znajduje zdjęcie przedstawiającą młodą i piękną dziewczynę. Usiłuje dowiedzieć się jak fotografia znalazła się na pustynnym odludziu. Co więcej, zaczyna traktować zdjęcie jako swój talizman, który ma mu sprzyjać w dalszym życiu.
            Zapewne nic by się nie zmieniło, ale przyjaciel Logana umiera. Jest to zupełnie nieoczekiwane zdarzenie, a sama śmierć była po prostu bezsensowna. Logan postanawia odnaleźć piękną dziewczynę ze zdjęcia. Rzeczywistość jednak nie okazuje się bajkowa. Beth –czyli dziewczyna z fotografii –mieszka w Karolinie Południowej. Jest matką dziesięcioletniego chłopca, a jej były mąż, który jest szeryfem, utrudnia jej życie.
            Logan musi zmierzyć się ze swoimi uczuciami, które przyszły do niego niespodziewanie i które są dla niego nowością. Bo przecież nieczęsto zdarza nam się zakochać w osobie, którą znamy tylko z widzenia. Jednak uczucia bohatera nie są największym problemem. Gorsze okazuje się to, że musi on wymyślić odpowiedni sposób, żeby zbliżyć się do Beth i jej syna. Jednocześnie musi pamiętać, że mąż kobiety wciąż czai się w pobliżu…
            Znając styl Sparksa możemy się zastanawiać nad zakończeniem próbując wpaść na właściwe, ale muszę Was rozczarować (lub nie –jeśli lubicie niespodzianki). Koniec powieści może nie tyle jest zaskakujący, ale po prostu niespodziewany. Połączenie klasycznej powieści z interesującą historią wciąga czytelnika i powoduje, że pojawia się chęć na sięgnięcie po kolejną powieść tego autora.     

 Kiedy ktoś jest tak wyjątkowy, wiesz o tym prędzej, niż się spodziewasz. Poznajesz to instynktownie i masz pewność, że cokolwiek się stanie, już nigdy nie będzie nikogo takiego jak on.

wtorek, 27 listopada 2012

Diabeł ubiera się u Prady (The Devil Wears Prada)


          Dzisiaj zaprezentuję Wam bardzo lekką powieść. Czy jest przyjemna, musicie niestety ocenić sami. Mi osobiście w ogóle nie przypadła do gustu. Powiem więcej, jestem zdziwiona, że na podstawie takiej książki można nakręcić w miarę dobry film (pod tym samym tytułem). Muszę przyznać, że sam pomysł na powieść jest oryginalny, ciekawy i dobry. Widać także, że autorka cechuje się znajomością tematu i wie, o czym pisze.

            Andrea to spokojna dziewczyna, która marzy o karierze dziennikarki. Dla dziewczyny z prowincji, Nowy Jork wydaje się znakomitym miejscem na spełnianie swoich marzeń. Jednakże trzeba pamiętać, że branża dziennikarska bywa bardzo okrutna i trudno w niej zaistnieć. Tak więc praca dla prestiżowej i przede wszystkim szanowanej przez wszystkich gazety The New York Times wydaje się nierealna.
            Jak to bywa w książkach Andrea ma szczęście. Dostaje propozycję pracy w gazecie „Runway”. Jest to miesięcznik, który przekazuje najnowsze trendy, które obowiązują w modzie. Pomaga także odnaleźć swój styl i poszukać nowych inspiracji –najczęściej w ekskluzywnym wydaniu. Co prawda dla Andrei nie jest to praca marzeń, jednakże wystarczy jeden rok w tym znanym miesięczniku, aby dostać pracę w wybranej gazecie, której nakład pojawia się w Nowym Jorku.
            Odnalezienie się w świecie mody okazuje się jednak trudnym wyzwaniem. Zaczynając od jej haniebnie dużego rozmiaru (38!) ubrań, a kończąc na apodyktycznej szefowej Mirandzie. Dziewczyna ze skromnej, naturalnej dziewczyny musi zmienić się w zupełnie inną osobę. Nosić kreacje tylko od najlepszych projektantów, z klasą dobierać dodatki, a przede wszystkim usługiwać Mirandzie. Szefowa jednak nie okazuje przyjacielskiej postawy i nie widzi powodu, aby w swoim sposobie bycia cokolwiek zmieniać.
            Problem jest taki, że zmieniając swój wygląd można zmienić także samego siebie. Przejść na tą dziwną „drugą stronę”, zamknąć się na krytykę i żyć w przekonaniu o nieskazitelności własnej osoby. Czy Andrea tego doświadczyła musicie przekonać się –jak zwykle –sami.
            Podsumowując –powinna to być powieść, która każdego miłośnika mody wciągnie i zaczaruje w sposób, jaki tylko książki potrafią to zrobić. Może nie jestem wielkim znawcą w tej kwestii, ale nie doświadczyłam żadnego z tych odczuć. Owszem, czyta się płynnie, bo i język taki jest, ale momentami wieje nudą pomieszaną z wałkowanymi w kółko tematami. Powieść może się podobać, ale raczej w formie kompletnego luzu i rozrywki i na pewno nie jako sposób, by znaleźć jakieś fascynujące teorie czy może niespodziewane wątki.   


Oczywiście chociaż starałam się przed tym bronić, w kółko przypominać sobie, że to ja jestem normalna, a oni nie, stałe “komentarze tłuszczowe” nie mogły nie mieć na mnie wpływu.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Requiem dla snu (Requiem for a dream)


            Jeśli ktoś zapytałby mnie o czym jest ta powieść,(bo o książkę chodzi w tej recenzji)to bez wahania odparłabym, że o dążeniu do marzeń, które niestety nie mogą się spełnić. O walce z samym sobą i ślepym przekonaniu, że jednak można wyjść z tej walki w roli wygranego.
            Poznajemy kilku bardzo ważnych bohaterów. Pierwszym z nich jest Harry Goldfarb, którego śmiało możemy nazwać główną postacią w tej momentami chaotycznej opowieści. Żyje on z dnia na dzień, dąży do spełnienia swoich (czasami) zbyt infantylnych zachcianek. Nie gardzi używkami, szczególnie haszyszem, ale również czymś mocniejszym.
            Jego najlepszym przyjacielem jest Tyrone C. Love. Czarnoskóry chłopak, który mimo innych ras kulturowych i zupełnie innego pochodzenia ma wiele wspólnego z Harrym. Obaj potrafią marzyć, ale chyba mają za mało wiary w to, że marzenia można osiągnąć. A przynajmniej na drodze w pełni legalnej.
            Kolejną istotną osobą w utworze jest Marion Silver. W tej sympatycznej dziewczynie z bogatego domu nie sposób się nie zakochać. I właśnie to piękne uczucie zwane miłością łączy Harrego i dziewczynę. Początkowo niezależna relacja przeradza się w coś głębszego, a z kolei niewinna i piękna miłość chwilami przekonuje nas, że prawdziwie głębokie uczucie to takie, przez które się cierpi.
            Jest jeszcze Sara Goldfarb. Jest ona matką Harrego i wbrew pozorom jest bardzo nieszczęśliwa. Jej idealny jedynak wpada tylko czasami i zazwyczaj po to, aby pożyczyć trochę pieniędzy. A jakże można odmówić swojemu dziecku?
Mąż pani Goldfarb nie żyje, a towarzystwa dotrzymują jej sąsiadki. Sara może spokojnie oddawać się przyjemnemu zajęciu, które polega na tym, że konsumuje ulubione potrawy lub czekoladki przed telewizorem, kiedy ogląda swoje ukochane teleturnieje.
Wszystko się zmienia w momencie, kiedy dostaje ona formularz wprost zachęcający do wypełnienia. Sara stoi przed wielką szansą pokazania się w telewizji. A tam można pokazać się tylko i wyłącznie w odpowiednim stroju. Gorzej, jeśli okazuje się, że piękna, czerwona sukienka, idealna do takiego występu, jest za ciasna. Kobieta rozpoczyna zawiły proces odchudzania, ale szybko dochodzi do wniosku, że konserwatywne metody nie przynoszą odpowiednich skutków. Umawia się więc na wizytę u doktora, który przepisuje jej tabletki odchudzające…
Śledzimy jak każdy z bohaterów coraz bardziej wsiąka w nawyk i robi coraz bardziej odważne (lub głupie) rzeczy, aby móc go zaspokoić. I nim zdąży się obejrzeć przekracza linię, która nigdy nie miała być przekroczona...
Książka jest przyciągająca. Ma fascynującą formę. Nie doświadczymy w niej ani jednej kreski dialogowej. Ten zabieg pozwala nam poczuć się osobą uczestniczącą w akcji. Może też skutkować tym, że odniesiemy wrażenie, jakbyśmy byli w głowie któregoś z bohaterów.
Ta powieść uczy nas wielu rzeczy, ale najważniejszą, którą pragnę podkreślić jest to, że zbyt często definiujemy osoby zwykłym pierwszym wrażeniem. Definiujemy słowo „człowiek” innym, pojedynczym wyrazem, który może przybierać różne formy –ćpun, alkoholik, wariat…Nie czyny definiują nas samych, ale to, co sprawia, że je popełniamy. Oprócz tego „Requiem...” pokazuje nam słabość ludzką. Cieszę się, że powieść jest wręcz brutalna, ponieważ pozwala nam to zrozumieć rzeczywistość ujętą w książce. Hubert Selby Jr. ukazuje pełne zrozumienie tematu i doskonałe jego oddanie. Wielki pokłon w stronę prawdziwego mistrza, który pokazuje, że narkotyk siedzi w nas zawsze. Ale nigdy nie umiemy do wyplewić…    


Popyt nigdy nie malał. To był klasyczny rynek sprzedawcy, dilerzy tylko czekali aż ktoś do nich przyjdzie. Kiedy już się przekonali że nie muszą się zbytnio wysilać zaczęli coraz częściej cykać. Nie musieli się martwić tym że mogą złapać ciąg skoro towar rozprowadzał się sam, więc nie było żadnego problemu. Wiedzieli że w każdej chwili mogą przestać jeśli tylko zechcą. Gdyby kiedykolwiek zechcieli przestać.

sobota, 24 listopada 2012

COMA –Hipertrofia

To już druga ocena płyty na moim blogu. Opisywanie muzyki jest zarówno przyjemne jak i trudne. Album został wydany w 2008 roku (10 listopada) i składa się  dwóch krążków, na których w sumie znajduje się aż trzydzieści pięć utworów. Coma jest bardzo charakterystycznym zespołem, a według mnie jednym z najlepszych w Polsce. Jest w nim nie tylko moc, która zaspokoi każde rockowe serce, ale także doświadczamy ambitnych tekstów, które (nad czym ubolewam) nie są zbytnio powszechne w XXI wieku. Dodatkowo wielkim plusem tej łódzkiej ekipy jest to, że (akurat w przypadku Hipertrofii jest to bardzo wyraźne) płyta tworzy spójną historię, a wszystkie utwory się na nią składają. Możecie to zauważyć na podstawie listy:

CD 1
"Party" - 3:52
"Wola istnienia" - 5:47
"After party" - 0:36
"Lśnienie" - 4:34
"Diagnoza" - 1:35
"Transfuzja" - 3:40
"Przesilenie" - 1:04
"Nadmiar" - 3:09
"Nowe tereny migreny" - 1:15
"Trujące rośliny" - 5:49
"Ciągi i pociągi" - 1:53
"Osobowy" - 2:07
"Loty i odloty" - 1:41
"Emigracja" - 4:26
"Stosunek do służby wojskowej" - 0:34
"Zero osiem wojna" - 4:59
"Polish ham" - 1:11
"Pożegnanie z mistrzami" - 3:56
"Chrum!" - 0:04
"Świadkowie schyłku czasu królestwa wiecznych chłopców" - 5:06
"Koniec pewnego etapu" - 0:29


CD 2
"Początek pewnego etapu" - 0:53
"Ekhart" - 10:40
"Na na na na" - 0:49
"Zamęt" - 3:16
"Zwalniamy" - 1:06
"Widokówka" - 6:51
"Przestrzeń nie-rzeczywista" - 1:02
"Parapet" - 3:31
"Popołudnia bezkarnie cytrynowe" - 5:40
"Ślimak" - 0:15
"Cisza i ogień" - 9:13
"Epilog ze starym prykiem" - 1:34
"Archipelagi" - 4:56
"Recykling" - 1:46























          

          Każdy z utworów przyciąga niesamowitym brzmieniem, głębią tekstów i ogromnym zrozumieniem życia. Nie wszystkim się spodoba zabieg użyty na tym krążku –tj. niektóre piosenki poprzedzone są intrem muzycznym (np. „Przesilenie”). Inni zapewne uznają, że jest to ciekawe urozmaicenie, ale jak wiadomo, o gustach się nie dyskutuje.
            Moje ulubione utwory spośród tych to „Lśnienie” ; „Trujące Rośliny” i „Świadkowie…” Gorąco polecam przesłuchanie i mam nadzieję, że poczujecie ten specyficzny, aczkolwiek fantastyczny klimat wywołany dźwiękami.
            Jest to doskonały przykład dobrej, mocnej muzyki rockowej, która przecież często występuje także w formie ballad, które także na pewno znajdziecie na tym ciekawym krążku. Miłego słuchania. 

W tamtym ciemnym domu pojawiły się, nie wiedzieć skąd, świetliste cienie.
Potem nagły wstrząs, obezwładnił nas nieznośny blask - ogniste lśnienie.
Lśnienie

piątek, 23 listopada 2012

Dżuma (La Peste)


            Albert Camus to genialny twórca, którego chociaż jedną powieść nie tylko powinno, ale trzeba przeczytać. Rozumiem, że otrzymana przez niego prestiżowa Nagroda Nobla ani nawet to, że to właśnie on kształtował egzystencjalizm, niekoniecznie Was przekona po sięgnięcie po tę powieść, ale niezaprzeczalnym faktem jest to, że niesie ona mnóstwo moralnych prawd, które są aż za bardzo i jednocześnie przerażająco słuszne. 
            Powieść jest pełna symboliki i chociaż główny wątek nie jest zbytnio skomplikowany i zawiły, to jednak jego głębsza interpretacja skutkuje tym, że odnajdujemy wiele porad i postaw życiowych. Obserwujemy cierpienie i uczymy się je rozumieć, chociaż nie jest to łatwe i nie jesteśmy go w stanie pojąć w stu procentach.
            Znajdujemy się w Oranie –mieście położonym w Algierii. Czas utworu nie jest dokładnie przybliżony, jednakże wskazuje na lata 40 ubiegłego wieku. Głównym bohaterem powieści jest Bernard Rieux –lekarz, a przede wszystkim bardzo inteligentny człowiek. Nie wiemy o nim konkretnych szczegółów. Bo po co wiedzieć, jaki jest jego ulubiony kolor albo ulubiona potrawa. To jest właśnie wspaniałe w „Dżumie”. Błahe fakty nie są istotne, a jedynie konkretne i bardzo poważne tematy, z którymi przychodzi się zmierzyć każdemu z nas.
            O Rieux wiemy natomiast, że jest ateistą, a przy tym bardzo dobrym człowiekiem, który stara się ratować innych (swoich pacjentów) dla pewnej ideologii, która każe mu postępować w konkretny, a nie inny sposób. W utworze możemy zaobserwować zmianę właśnie tego bohatera. Nie wizualną, bo ta nie jest na tyle istotna, żeby się nią przejmować, ale wewnętrzną. Staję się silniejszym człowiekiem. Takim, który walczy do samego końca, a porażki nie mogą go podminować.
            W Oranie na ulice wybiegają setki szczurów i padają jeden po drugim. Na początku nie było to nic niepokojącego, ale kiedy martwe gryzonie zaczęły zalegać wszędzie, gdzie tylko się dało –zaczynając od piwnic domów, a kończąc na wagonach tramwajów- w mieście zaczęła się panika. Niepokojące objawy czegoś zupełnie nieznanego sprawiają, że w mieszkańcy odczuwają lęk, a to dopiero początek problemów. Zaczynają umierać i ludzie, a wszystko wskazuje na to, że wytłumaczenie może być tylko jedno. Dżuma. W mieście wybucha epidemia i nikt nie jest bezpieczny. Choroba może dotknąć każdego, a co gorsze, nie ma odpowiedniego lekarstwa, aby zapobiec katastrofie.
            Pozostaje więc tylko izolacja chorych i zamknięcie bram miasta. Zostają oddzielone od siebie rodziny i zakochani. Panika wciąż wzrasta. Poznajemy kolejnego znaczącego bohatera –Ramberta. Jest on dziennikarzem, który nie może wydostać się poza granice Oranu. Jest to dla niego okropnym przeżyciem nie dlatego, że panicznie boi się choroby, ale  przez to, że w Paryżu czeka na niego ukochana. Postanawia więc zrobić wszystko, aby się wydostać…
            Wartym wyróżnienia jest Tarrou, który prowadzi notatki o mieszkańcach Oranu i ich typowych zachowaniach w obliczu choroby. Jest ważną postacią także dlatego, że zaprzyjaźnia się z Rieux i razem usiłują zwalczać chorobę.
            Jest także Grand i Cottard. Ten pierwszy jest urzędnikiem, który usiłuje stać się nieco pewniejszym siebie i żyć według postaw, które narzucają jego marzenia, nie jest to jednak łatwe. Natomiast ten drugi jest tak specyficzną postacią, jakich mało w literaturze. Jest bardzo oryginalny, ale na czym owa oryginalność (czasem delikatnie zahaczająca o szaleństwo)polega, musicie przekonać się sami.
            O „Dżumie” można pisać nieskończenie długie recenzje, rozprawki, prace… Jest to powieść bardzo znacząca, napisana przejrzystym językiem, który sprawia, że wciąż chcemy więcej. Sam jej tytuł możemy interpretować na co najmniej kilka sposób, ale myślę, że każdy interpretuje DŻUMĘ po swojemu. Jedno jest pewne –a mianowicie, dla nikogo nie jest to tylko choroba. To, co w niej zobaczymy i czy nauczymy się żyć i zachowywać w obliczu cierpienia, zależy od naszych poglądów, moralności, ale najbardziej od naszej wrażliwości… 

Każdy nosi w sobie dżumę, nikt bowiem nie jest od niej wolny. I trzeba czuwać nad sobą nieustannie, żeby w chwili roztargnienia nie tchnąć dżumy w twarz drugiego człowiek

czwartek, 22 listopada 2012

Czarny Łabędź (Black Swan)


Rok produkcji: 2010
Gatunek: thriller psychologiczny   

             Jest to bardzo mocny, przejmujący, ale zarazem trudny film. Przenosimy się w świat tańca (a dokładnie baletu), determinacji, siły woli i rywalizacji połączonej z zaangażowaniem. Wszystko upiększa nuta zmysłowości, co w rezultacie daje nam arcyciekawą historię, która przyciąga, hipnotyzuje i oczarowuje.
            Wysiłek reżysera (Darren Aronofsky) i znakomitych aktorów (Mila Kunis, Natalie Portman) zaowocował wieloma nominacjami do jakże prestiżowych nagród np. Złotych Globów, Cezarów lub Satelitów, a także Oskarów, w których większą część nagród za film zgarnęła znakomita Natalie Portman, czyli odtwórczyni roli głównej bohaterki.
            Poznajemy skromną i nieco zamkniętą w sobie Ninę, która jest baletnicą i stara się o główną rolę w niesamowicie znanej sztuce „Jezioro Łabędzie”. Koncepcja reżysera spektaklu jest jednak bardzo oryginalna i wymaga nie tylko umiejętności w tańcu, ale przede wszystkim w aktorstwie.
            Pomysł zakłada rozdzielenie roli głównego łabędzia na Białego i Czarnego. Biały musi być bardzo delikatny, zachować zmysłowość i pewną, wręcz dziewiczą niewinność. Okazuje strach, niepewność, a wszystkie te cechy doskonale opisują Ninę.
            Jednakże, żeby dostać tę rolę musi ona także przystosować się do roli Czarnego łabędzia, który z kolei jest bardzo wybuchowy, wręcz agresywny. Wielka dynamika jego ruchów i jego mroczna oraz zarazem erotyczna natura musi być bardzo podkreślona, aby uwidocznić wszelkie różnice między złem, a dobrem. 
         Niestety Czarny łabędź jest dla Niny bardzo dużym wyzwaniem i dziewczyna nie do końca może się w nim odnaleźć. Co gorsza doskonale radzi sobie z tym Lily, czyli konkurentka do głównej roli. Chęć pokazania swojej siły wyzwala w Ninie nowe uczucia, których wcześniej nie znała i które powoduje ciąg niespodziewanych incydentów. Czy jest jednak odpowiednio silna, żeby przeszkodzić Lily w odebraniu jej roli i co się wydarzy dalej musicie przekonać się sami.
            Cóż można powiedzieć? Prestiżowe nagrody mogą mówić za mnie. Świetna ścieżka dźwiękowa uwidacznia dramaturgię tego jakże pięknego dzieła. Przyznam, że mało jest filmów stworzonych w 2010 roku, które mogą wyzwolić w człowieku podobne uczucia. A wracając do ścieżki dźwiękowej… Może nie wszystkim wyda się tak piękna jak mi, ale sądzę, że jeśli poczujemy film i postacie, po prostu poczujemy, że muzyka jest naturalną częścią fabuły i   oddaje klimat.
            Film uczy nas kochać sztukę, taniec, balet, ale pokazując ją w negatywny sposób kieruje nas jak mamy ją podziwiać, tj. opierając się na tym, że ma nią kierować dobro i nasze umiejętności, a nie chore ambicje i ciągłe podążanie do bycia lepszym niż się jest naprawdę. Dostrzegamy przesłanie prawdy i zaburzenia rzeczywistości.   






- Chcę być perfekcyjna.- Słucham? -Chcę być perfekcyjna. -Perfekcyjność to nie tylko kontrola. To także swoboda. Zaskoczenie siebie, by zaskoczyć publiczność. Wyjście poza granice.

środa, 21 listopada 2012

Pierwszy Śnieg (Snømannen)


            Akcja kryminału rozgrywa się w Oslo w Norwegii. Kraj ten powszechnie uważany jest za jeden z najbezpieczniejszych państw na świecie, gdzie odsetek przestępstw jest bardzo znikomy, a każda większa zbrodnia przyjmowana jest z niedowierzaniem. Jo Nesbø swoimi książkami skutecznie łamie ten stereotyp. A „Pierwszy Śnieg” zupełnie nie odbiega od reszty. Musicie mi wybaczyć, że zaczynam jakby od środka znanej powszechnie serii o komisarzu Hole, ale do tej konkretnej książki mam dziwny sentyment wywołany tym, że była to moja pierwsza powieść tego autora.
            Czego można się spodziewać po tej pozycji? Na pewno intrygującej zagadki i nietypowej historii…
            Kiedy spada pierwszy śnieg zaczyna się czas zabawy na śniegu, rodzinnych wypadów na sanki, ale także…lepienia bałwana. Ta śnieżna postać pojawia się przy domu zamężnej kobiety, która nie może obok niej przejść obojętnie. Chwali swojego syna za to, że ulepił tak pięknego bałwana. Niestety okazuje się, że tajemniczy bałwan nie jest stworzony przez domowników. Skąd się tam wziął i kto go stworzył?
            Okazuje się, że takie zjawisko występuje o wiele częściej niż ten jeden raz. Kolejne kobiety giną, wszystko staje się dziwne… podejrzane.
            Jakby tego było mało komisarz Harry Hole otrzymuje specyficzny i intrygujący list podpisany tym jakże złowrogim w brzmieniu słowem „bałwan”. Wszystko wskazuje na to, że seryjne zaginięcia kobiet są ze sobą powiązane. Tylko co je może łączyć oprócz śnieżnego dzieła, które patrzy swoimi oczami z węgielków zawsze w stronę domu? Jak policja może powiązać morderstwa, których ofiary nie mają ze sobą nic wspólnego?
            Także Hole stanowi niemały problem. Mimo wielkiej inteligencji i doskonałej umiejętności dedukcji faktów, wciąż pozostaje nieokiełznanym lekkoduchem, który za nic w świecie nie będzie robił czegoś, co nie jest po jego myśli. Nie można jednak zapominać, że jest jedyną osobą, która tak dobrze zna się na swojej pracy, a zagadkę może rozwiązać tylko on. Trzeba więc mu zaufać i pozwolić działać, a to nie zawsze jest przyjemne…
            Muszę przyznać, że jest to bardzo przemyślana intryga i naprawdę ciekawa historia, jednakże nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Podobała mi się tak, jak podoba się przeciętna książka. Nie było tego czegoś o sprawia, że czytamy powieść z zapartym tchem. Może to styl pisania Nesbø, albo to, że jest to stricte norweska powieść. Osobiście nie uważam skandynawskiego stylu za bardzo interesujący, ale dla miłośników kryminałów będzie to bardzo dobra powieść przez to, że wątki nieustannie się plączą, a tropy niekoniecznie są takie oczywiste. Powieść szczególnie dobra dla tych, którzy lubią lektury w nieco mrocznym ich wydaniu.
            „Pierwszy śnieg” nie sprawił, że pragnę poznawać tego typu książki, ale na pewno zaintrygował do tego stopnia, że zdecydowanie sięgnę jeszcze po różne powieści tego autora. 
Rozsądnie jest bać się czegoś, czego się nie zna. Ten, kto się nie boi, długo nie pożyje.

wtorek, 20 listopada 2012

Muse –The 2nd Law


Muzyka jest ważną częścią życia wielu z nas. Towarzyszy nam praktycznie cały czas, ale najważniejsze, to znaleźć taki zespół, taki utwór, który nie tylko usłyszymy, ale także poczujemy. Dzisiaj pragnę zaprezentować szósty już album studyjny, popularnej na całym świecie rockowej kapeli Muse. Zespół z Anglii zyskał już dawno rzesze wiernych fanów i praktycznie został okrzyknięty cyt. „nadzieją rocka”. Chociaż już wcześniej natknęłam się na muzykę tego hipnotyzującego zespołu i powiem szczerze, że ją pokochałam, to ten album do końca podbił moje serce. Na krążku znalazło się 13 wspaniałych kawałków, których klimat utrzymuje się w tej zwariowanej, wręcz kosmicznej tonacji, która przecież tak bardzo jest charakterystyczna dla Muse. Oto lista:
"Supremacy"
"Madness"
"Panic Station"
"Prelude"
"Survival"
"Follow Me"
"Animals"
"Explorers"
"Big Freeze"
"Save Me"
"Liquid State"
"The 2nd Law: Unsustainable"
"The 2nd Law: Isolated System"
            Już pierwsza piosenka (“Supermacy”)mnie wciągnęła. Wprowadziła w ten wspaniały stan, kiedy liczy się tylko muzyka. Wspaniałe uczucie wywołane niesamowitymi dźwiękami.
            Szczególną uwagę przyciąga „Survival”. Utwór ten jest już dobrze znany miłośnikom sportu. Jest on oficjalną piosenką Letnich Igrzysk Olimpijskich w Londynie (2012r). Nawet teledysk do singla opiera się na tym wielkim widowisku sportowym. Co ciekawe zdeterminowani sportowcy doskonale wpasowują się w klimat piosenki. Całą ich determinacja, siła i wola walki i zwycięstwa się uwidacznia. Słuchamy i oglądamy teledysk. Czujemy tą chęć sięgnięcia po marzenia. Całą pracę jaką włożyli by w końcu stanąć na szczycie. Jakby całe życie czekali, a ten moment w końcu nadszedł… And I’ll reveal my strength…
            Cóż można powiedzieć? Zdecydowanie (kolejny raz) panowie z Teignmouth odwalili kawał dobrej roboty. Matthew Bellami swoim wokalem jak zwykle czaruje i przenosi w świat fantazji, zamyślenia…
            Jest to naprawdę dobry zbiór piosenek i myślę, że przeciętnemu słuchaczowi rocka się spodoba. Dla bardziej wybrednych fanów lub miłośników muzyki w klasycznym jej brzmieniu może być nieco zbyt nowoczesne. Nowe formy przynoszą nam na myśl kosmos i dziwną hipnozę i zupełnie nie pasują do klasycznego ujęcia rocka, chociaż jednocześnie zachowują jego klimat. Według mnie znakomity zbiór, na prawdę warto sięgnąć po ten krążek i przekonać się na własnej skórze. 

I’ll keep up the pace
And I’ll reveal my strength
To the whole human race
Yes I am prepared
                                                      
Utrzymam tempo
I ujawnię swą siłę
Przed całą ludzkością
Tak jestem gotowy

Survival                                           Survival :)

poniedziałek, 19 listopada 2012

Zabójcza fala (Riptide)


             Powieść doskonała dla fanów przygody, kryminału i… piratów. To, co łączy fabułę z tym ostatnim czynnikiem to magiczne poszukiwanie skarbów, o którym marzył chyba każdy z nas kiedy był dzieckiem. Co skarby mają w sobie, że wciąż przyciągają tysiące ludzi…? Pozwalają nie tylko spełnić marzenia, ale także mieć świadomość, że dzięki nimi staniemy się kimś lepszym. Może nie w rzeczywistości albo w sercu, ale na pewno w oczach innych. Dzisiejszy świat jest skonstruowany w ten specyficzny sposób, ze to właśnie pieniądze i bogactwa nim kierują. Im bardziej jesteś nadziany, tym masz więcej szacunku. Człowiek zawsze dążył do zbogacania i dalej dąży. 
            Początku historii możemy doszukiwać się już w 1695 roku, kiedy na wyspie w okolicach wybrzeży Maine zostaje ukryty skarb przez jednego z  piratów –Krwawego Neda. Legendy głosiły, że zgromadzony majątek był tak wielki, że nigdzie indziej nie można było go ukryć, jak tylko w podziemiach wyspy.
            Jednakże po trzystu latach od ukrycia skarbu, ten pozostaje nieodnaleziony. Co prawda szukało go wielu dzielnych śmiałków, ale ich los nie był zbytnio fascynujący. Wszyscy albo zaczynali żyć w dziwnym amoku, jakby szaleństwo odbierało im cały rozum i nie mogli nic z tym zrobić albo umierali na wyspie…
            Jednak znajduje się kolejny chętny człowiek to odnalezienia legendarnego i bardzo tajemniczego bogactwa. Wszystko wygląda na to, że tym razem powinno się udać. Badacze bowiem dysponują nie tylko milionowymi funduszami i stałym wsparciem finansowym niezbędnym do ekspedycji, ale także ogromną wiedzą historyczną. Zaczynają przygodę od studiowania psychiki Krwawego Neda, aby możliwym było pokonanie przeszkód i pułapek, które zostawił, aby kolejne pokolenia i osoby pragnące jego zguby trzymały łapy z dala od dzieła jego życia. Oprócz tego ważną rolę odgrywa najnowocześniejszy sprzęt, który doskonale nadaje się do wypełnienia misji.
            Jedyną rzeczą jaką pozostaje do zrobienia to przekonanie właściciela wyspy, aby pozwolił im na wykonanie akcji. Nie jest to łatwe zadanie, chociażby przez to, że wielu już było chętnych, ale żadnemu nie udało się przekonać szanowanego biologa do tego, aby dostać zezwolenie. Jednak subtelna gra na jego psychice, a właściwie na wspomnieniach, pozwala badaczom skontaktować się  z Hatchem –właścicielem wyspy. Ich mocne argumenty i doskonale dopracowany plan przynoszą efekty i rozpoczyna się wielka i fascynująca misja.
            Wynikną z niej bardzo różne w skutkach i przebiegu wydarzenia. Jednego można być pewnym. Mianowicie tego, że jeśli chodzi o poszukiwanie skarbów to nigdy nie możesz wiedzieć czegoś na 100 procent. Reszta jest wielką zagadką, szukaniem odpowiedzi, grzebaniem w historiach, które na zawsze powinny zostać tajemnicami i wielką, ogromną przygodą.
            Książka nie jest arcydziełem, ale na pewno jest dobrą lekturą. Pozwala przenieść się w świat odkrywcy, piratów i zagubionych skarbów. Odzwierciedla różnice między ludźmi i zachowaniami, a także pozwala nam spojrzeć trochę z boku na egoistyczną naturę ludzką, a także na to, że nie warto w życiu kierować się tylko i wyłącznie pychą.

            Douglas Preston i Lincoln Child –autorzy powieści, skonstruowali ciekawą, wciągającą powieść, w której momentami napięcie jest tak wysokie, że nie umiemy oderwać się od czytania, ale niestety często (przynajmniej w moim odczuciu) przesadzali. Książka może momentami męczyć i odrobinę nudzić, ale jest warta przeczytania. Chociażby przez wzgląd na bardzo dobre zakończenie, a co najważniejsze w kryminałach –zaskakujące.
  
Gdziekolwiek spojrzał, dom podsuwał mu wspomnienia szczęśliwego dzieciństwa. Bo przecież naprawdę było szczęśliwe. Tylko zakończenie miało tragiczne.  

niedziela, 18 listopada 2012

Wyliczanka (Think of a Number)


             Pomyśl jakąś liczbę od 1 do 1000, pierwszą, jaka ci przyjdzie do głowy. A teraz przekonaj się, jak dobrze znam Twoje tajemnice.

            To zdanie nie jest oryginalnym początkiem recenzji, ale chyba tylko ono może ją rozpocząć. Jest bardzo naturalne dla „Wyliczanki”. Wokół tej sentencji toczy się fabuła tego dobrze konstruowanego i bardzo przemyślanego kryminału. Jest to proza, której już bardzo dawno nie doświadczyłam. Przejrzysty język, ciekawe wątki, zaskakujące połączenie i pewnego rodzaju luz, który objawia się podczas czytania. Zwykła historia o mordercy i tajemniczych listach? Na pewno nie. Raczej wyrafinowana intryga z poplątanymi wątkami, odpowiedziami, do których sami możemy dotrzeć i poszlakami, które gubiąc się wzajemnie i prowadząc do pozornie ślepych zaułków, jednak okazują się strzałem w dziesiątkę.
            Mellery dostaje bardzo intrygujący list, którego treść wyraźnie wskazuje na to, że jego autor bardzo dobrze zna odbiorcę. Jest on bardzo tajemniczy, ale zarazem dziwnie niepokojący. Budzi w odbiorcy odczucie strachu i brak bezpieczeństwa. Bo czy można czuć się bezpiecznym w momencie gdy ktoś zna nasze wszystkie sekrety? Albo nawet więcej… Nie tylko nasze tajemnice nie są dobrze skrywane, ale także myśli, nawet te najgłębiej ukryte. Kto może znać nas na tyle dobrze, żeby odczytywać z taką dziecinną łatwością nasz tok myślowy?
            Cała masa pytań rodzi się w głowie Mellerego. Musi więc zwrócić się po pomoc do jedynego człowieka, który jest w stanie mu pomóc. Dave Gurney jest detektywem na emeryturze, który zamieszkuje wraz ze swoją małżonką w swoim domu przy pastwiskach. Mogą tam się skutecznie odciąć od świata, skupić na życiu, a nie tylko na pracy, która dotychczas była sprawą priorytetową. Dni Dave’a mijają spokojnie, może nawet za bardzo. Kiedy więc przydarza się okazja, aby nie tylko pomóc znajomemu w sprawie zagadkowego listu, ale także wyrwać się z codziennej monotonii i na nowo poczuć przypływ adrenaliny, którą niestety można poczuć tylko w obecności najdziwaczniejszych morderców, Dave nie waha się nawet przez chwilę. Nic nie jest w stanie oderwać go od wzięcia tej sprawy, nawet żona, która jest stanowczo temu przeciwna.
            Starcie detektywa z osobliwym przestępcą nie jest jednak typową pogonią. Jest raczej wyrafinowaną walką i grą. Tysiące szlaków, zmienione tropy… Kolejne ofiary psychopatycznych działań. Dave Gurney musi naprawdę mocno się wysilić, aby natrafić na poszlaki, a nawet jeśli to zrobi, niekoniecznie oznaczają one sukces.
            Dla osób, które szczególnie lubią kryminały będzie to świetna lektura. Ale nie tylko. Bardzo ciekawe wątki i interesujące pomysły tworzą niesamowitą opowieść i dobrą całość. Nie jest to może powieść, z której wylewa się talent pisarki i umiejętności, ale język jest bardzo przejrzysty, a to najważniejsze. Bardzo dobrze się ją czyta i zdecydowanie wciąga czytelnika porywając go w świat morderców, tropów i zagadek, gdzie sami możemy stać się detektywem i badać sprawę. Gwarantuję, że czytając „Wyliczankę” można złapać się na tym, że nasza niewinna ciekawość, aby dowiedzieć się kto jest sprawcą całego zamieszania, w pewnym momencie przekształci się w uczestnictwo w śledztwie.

Niesamowita rzecz z tą przeszłością, tak dziwnie czeka w ciszy, przyczajona, niewidoczna, niemal jakby jej w ogóle nie było. Człowiek poddaje się pokusie myślenia, że znikła, że już nie istnieje. A później jak bażant wypłoszony z ukrycia krzyczy przejmująco - eksplozja dźwięku, koloru i ruchu - jest przerażająco żywa.

sobota, 17 listopada 2012

Igły i Grzechy (Needles & Sins)


             Na dzisiaj przygotowałam Wam coś nietypowego. Właśnie ten wyraz znakomicie określa ten zbiór tekstów Johna Eversona. Nie każdy czytelnik jest przekonany do opowiadań. Bardzo często jest to słuszna postawa. Wiele takich dzieł nie odzwierciedla w prawidłowy sposób stylu pisarskiego, możliwości twórcy i jego poglądów, które mimo, że autor deklaruje kompletną izolację od swoich myśli, i tak się przedostają do druku.
            Jednakże opowiadania mają także swoje pozytywne, bardzo ciekawe strony. Przede wszystkim pozwalają autorowi poruszyć te same kwestie na kilka różnych sposobów, a dodatkowo swoją zazwyczaj krótką, aczkolwiek bogatą treścią zaciekawiają czytelnika.
            „Igły i grzechy” to książka, która składa się z dwudziestu opowiadań, spośród których piętnaście stanowi odrębne historie. Ostatnie pięć komponuje się w połączony wątkami, bohaterami i czasem nawet zdarzeniami zbiór o jakże intrygującej nazwie: „Miłość, lina, seks i krzyki: Cyrk w pięciu aktach”
            Wśród każdej z historii tworzącej odrębny świat możemy znaleźć kilka naprawdę dobrych, wciągających przygód (o ile przygoda jest odpowiednim słowem na wyrażenie tych palących momentami historii, przeżyć i aż ociekających cierpieniem i losem, który nie zawsze okazuje się być usłany różami…). W tej grupie warte wyróżnienia są „Krwawe Róże”, czyli opowieść bardzo tajemnicza, zaskakująca, ale definitywnie wciągająca i może nawet pouczająca. Trudno przecież doszukiwać się porad życiowych w zawiłych okrucieństwach i cierpieniu, ale na pewno w „Igłach…” je znajdziecie.
            Moją uwagę zwrócił oczywiście także zbiór końcowych opowiadań o cyrku. Ciekawy pomysł, bardzo oryginalny. Taki, który może wstrząsnąć. Ukazuje nam, że za często jesteśmy zbyt naiwni, że trudno o prawdziwą miłość, a całe nasze życie może być jak taniec na linie, która wisi nad przepaścią…
            Warto także przyjrzeć się „Plutonowi diabła” i „Zielonemu szkłu”. Wymienione dotychczas przeze mnie opowiadania są fascynujące, zdumiewające i co najważniejsze bardzo interesujące. Jednocześnie pokazują sytuację i punkty widzenia, które wcześniej nie przychodzą do głowy, a szkoda, bo przecież warto czasem pomyśleć co by było gdyby…

            Muszę jednak przyznać, że nie wszystko w tym utworze Johna Eversona zasługuje na oklaski. Moim subiektywnym odczuciem jest negatywna postawa do pierwszego z opowiadań tj. „Igły i grzechy”. Ale uznajmy, że jest to wynik wstrząsu wywołanego bliskim spotkaniem z nieco erotycznym dark fantasy. Niektórzy nie będą także zachwyceni zdumiewającym, wręcz kontrowersyjnym pomysłem okazania Maryi jako bohaterki jednego z opowiadań.
            Sądzę, że jest to dobra lektura na nieco pochmurne dni, kiedy nie mamy siły wstać z łóżka i ogólnie przeżywamy mały kryzys. Jest intrygująca, szokująca, dla niektórych może nawet brutalna i to sprawia, że albo całkowicie się ożywimy albo dobijemy jeszcze bardziej. Trudno jest oceniać opowiadania, ponieważ niosą zupełnie inne historie. Niektóre rewelacyjne inne przeciętne. Mogę jednak z całym przekonaniem stwierdzić, że złych pomysłów w niej nie znajdziemy. Polecam szczególnie miłośnikom horrorów. 

Chłodne szkło dotknęło jego warg. Uśmiechnął się do złocistego światła jego miłości. No dobra, było obojętne... ale on je kochał. Potrzebował go.

piątek, 16 listopada 2012

Szkoła uczuć (A Walk to Remember)


Rok produkcji: 2002
Gatunek: melodramat

Ten film można określić jednym słowem: niesamowity. Nawet jeśli powtarzamy to słowo do każdego dobrego filmu, który obejrzymy, to nie sposób nie dołączyć do tego grona „Szkoły Uczuć”. Tak jak pisałam kilka postów wcześniej, jest on oparty na książce Nicholasa Sparksa „Jesienna Miłość”. Zdecydowałam się jednak napisać dwie osobne recenzje, być może dlatego, że zarówno ekranizacja jak i sama powieść wzbudziły we mnie silne uczucia, wzruszyły, zaciekawiły. Drugim powodem jest to, że mimo, że opowiadają praktycznie tę samą historię, to mimo wszystko się różnią. Jednak robią to w bardzo subtelny, efektowny sposób. Zmiany fabuły, które nie do końca nadają się na wielki ekran zostały zastąpione intrygującymi scenami, które dają nam wspaniałe efekty, objawiające się pod postacią żwawej akcji, gustownej maniery i dobrze skonstruowanych dialogów.
            Bardzo dobrym posunięciem było umieszczenie Mandy Moore w roli Jamie Sullivan. Jej bardzo delikatna, dziewczęca uroda perfekcyjnie podkreśla charakter bohaterki, a wspomniane w książce swetry, które akurat zostały przeniesione i do filmu, podkreślają jej prostotę, skromność i pewnego rodzaju urok. Dodatkowym plusem Mandy Moore w roli Jamie był pomysł, aby wykorzystać jej zdolności wokalne, a cały film przyozdobić jej głosem w dobrze dobranych piosenkach.
            Tak samo dobrym pomysłem był Shane West w roli Landona Cartera. Jest on zupełnym przeciwieństwem Jamie. Porywczy, nieco szalony i nieziemsko przystojny. Jeden z bardziej popularnych uczniów w szkole. Bezwzględny i żyjący dobrą zabawą. Potrzeby i uczucia innych nie odgrywały w jego życiu dużej roli.   
            Drogi głównych bohaterów zupełnie inaczej krzyżują się ze sobą niż w książce. Co –ku mojemu zdziwieniu –było strzałem w dziesiątkę. Landon zostaje ukarany za swoje zachowanie, a raczej za żart, który może nie był zbyt śmieszny, ale na pewno bardzo niebezpieczny. Pech (lub szczęście jak się później okazuje) Landona polegał na tym, że tylko on z grupki przyjaciół został przyłapany.
            Zostaje więc zmuszony do pomagania dzieciakom w nauce, ale także do uczestnictwa w szkolnym spektaklu, w którym główna rola kobieca należy do Jamie. Właśnie podczas przedstawienia Landon zaczyn patrzeć na nią zupełnie inaczej i łamie wcześniejsze przyrzeczenie. Jamie bowiem prosiła go, żeby nigdy się w niej nie zakochał…
            Ekranizacja tej  powieści jest po prostu niesamowita, ponieważ zachowała podstawowe i najważniejsze aspekty książki, ale zmiany w fabule nadały jej nowego życia. Akcja przebiegła płynnie i w całkowicie niewymuszony sposób. Zapewne nawet najbardziej wybredni widzowie uznają, że jest to bardzo dobre, pouczające kino.
            Przesłanie powieści pozostało, a dodatkowo wzruszenie wzrosło prawie o sto procent. Magiczna, piękna opowieść o miłości, wybaczaniu i… może o spokoju ducha, który można osiągnąć dopiero po wielkim cierpieniu i burzy emocjonalnej. Pozycja obowiązkowa dla miłośników dramatu. Ścieżka dźwiękowa wspaniała, zapewne ten klimat nadaje jej Mandy Moore. Ale gorzej jeśli ktoś nie lubi być wzruszonym…
            Myślę, że należy wspomnieć o tym, że film ten nie nadaje się dla osób egoistycznych i zamkniętych na ból innych. Nie gwarantuję tego, że po policzkach popłyną Wam łzy wzruszenia, ale jest to bardzo, bardzo możliwe. A jeśli ktoś zamyka się na ból, to nawet ten film do nich nie trafi, co jest odrobinę smutne, ponieważ przeżywanie cierpienia innych sprawia, że i my sami jesteśmy silniejsi i potrafimy dostrzec te promyki szczęścia, które daje nam życie i los.    




Jamie: Einstein im więcej badał świat, tym bardziej wierzył w Boga.
Chłopak: Jeśli Bóg istnieje, czemu nie załatwi Ci nowego swetra?
Jamie: Bo musi szukać twojego mózgu.


czwartek, 15 listopada 2012

Oskar i pani Róża (Oscar et la dame Rose)


             Czytając tą krótką opowieść o… No właśnie, o czym? O śmierci? A może wręcz przeciwnie, o życiu? O walce i nadziei… W każdym razie, kiedy czytałam „Oskara…” byłam oczarowana. Zdumiałam się, że tak wiele morałów i mądrych słów można zawrzeć w tej niespełna osiemdziesięciu stronicowej powieści (egzemplarz z Wydawnictwa Znak). Słyszałam wiele opinii, które nieprzychylnie odnosiły się do tej książki. Być może dlatego, że jest wypełniona bólem, a może dlatego, że było go wręcz za mało…
            Nie każdy potrafi otworzyć swoją wrażliwość na tego typu pozycję. Jest ona bardzo nietypowa. Mimo całego bólu, powagi sytuacji, starannie ukrytych, ale jednocześnie bardzo wyraźnych morałów, tryska ona optymizmem i poczuciem humoru.
            Głównym bohaterem jest Oskar –chłopiec chory na białaczkę. Według lekarzy jego życie może potrwać około dwunastu dni. Dziesięcioletnie dziecko musi nie tylko zrozumieć czym jest śmierć, ale także stawić jej czoła.
            Na szczęście w szpitalu może liczyć na wiernych przyjaciół. Popcorn to chłopiec, który ma bardzo dużą nadwagę. Musi ograniczyć jedzenie, ale nie przychodzi mu to z łatwością. Jest bardzo dobrym przyjacielem, głównie dlatego, że potrafi dotrzymać tajemnicy jak mało kto, jeśli tylko damy mu coś słodkiego do przekąszenia.
            Bekon –to kolejny z kolegów Oskara. Jest bardzo obszernie poparzony i musi czekać na przeszczep skóry. Poznajemy także Einsteina czyli chłopca z ogromną głową…
            Jednakże najistotniejszą osobą, która zalicza się do grona najbliższych przyjaciół chłopca jest pani Róża. Zostaje ona przedstawiona jako wolontariuszka, która ma bardzo ciekawą przeszłość. Mówi bowiem, że zawodowo zajmowała się zapasami. Opowiada chłopcu o swoich walkach, a co ciekawe, z każdej jej opowieści możemy wyciągnąć dość logiczne i na pewno pouczające wnioski…
            To właśnie pani Róża namawia Oskara, żeby zaczął pisać listy do Boga. Jeden list na jeden dzień, w którym może prosić dosłownie o wszystko. Chłopiec na początku nie jest zbyt entuzjastycznie nastawiony do tego pomysłu, bo postać Boga wydaje mu się bajką przedstawianą, aby poczuć ulgę albo przypływ wiary w samego siebie. Kiedy jednak zaczyna pisać, diametralnie zmienia swoje nastawienie.
           Pani Róża dodatkowo obmyśliła wspaniały plan, który dla chorego dziecka mógł być dobrą zabawą. Na każdy dzień życia, przypada kolejne dziesięć lat. W efekcie dostajemy mnóstwo sentencji, które skrywają w sobie cudowne porady życiowe i stwierdzenia na poziomie filozoficznym. Ukryte w prostych słowach niosą niebanalne przesłanie.
            Dojrzewanie i pomoc przyjaciół pomaga także obudzić w Oskarze miłość, a także odpowiednio zidentyfikować to uczucie. Nie małą zasługę miała przy tym także Peggy Blue –pierwsza miłość chłopca…
            Niełatwą sytuację dla dziesięciolatka (oczywiście pomijając już białaczkę samą w sobie) stanowił także kontakt z rodzicami. Nie do końca byli oni w stanie zrozumieć co przeżywa ich dziecko. Bali się choroby, która zabierała kruche istnienie i nijak nie mogli się odnaleźć w zaistniałej sytuacji. Oczywiście Oskar to odczuwał, a nawet w jego głowie pojawiały się teorie związane z brakiem akceptacji.
            Mimo różnych zdań na temat tej książki trzeba ją zaliczyć do powieści, które trzeba przeczytać. Pokazuje jak bardzo dojrzałe może być dziecko. Jak jest w stanie zaakceptować rzeczy i stany, których dojrzali wiekowo ludzie unikają –czasem ze strachu, a czasem z braku siły. Pomaga nam dostrzec (wśród wielu innych) jedno ważne przesłanie, a mianowicie każdy z nas umrze, ale cały ten czas możemy bardzo dobrze zorganizować i nie pozostaje nam nic innego jak zaakceptować to, co daje nam los.   

Myśli, których się nie zdradza, ciążą nam, zagnieżdżają się, paraliżują nas, nie dopuszczają nowych i w końcu zaczynają gnić. Staniesz się składem starych śmierdzących myśli, jeśli ich nie wypowiesz.