wtorek, 31 grudnia 2013

Czytelnicze podsumowanie roku

 W tym roku udało mi się przeczytać 59 książek. Każda różniła się od poprzedniej. Brnęłam przez lektury i sięgałam po całkowite "odmóżdżacze". Z chęcią zapoznawałam się z klasyką i poszerzałam swoje czytelnicze horyzonty. Mam świadomość, że może nie jest to zbyt imponująca liczba, ale różnorodność książek wiąże się również z różnorodnością ich grubości i łatwością czytania.

Rok 2013 będzie dla mnie rokiem, w którym odkryłam i zakochałam się w jakże specyficznej rosyjskiej literaturze. Jej specyfika –fascynująca fabuła, a jednocześnie niełatwy język –mnie całkowicie pochłonęły.

Był to również czas odkrywania, sięgania po nowe gatunki i lepszego poznawania tych wcześniej znanych –od książek młodzieżowych aż po klasykę. Czas wyznaczania sobie nowych celów czytelniczych.

Trudno mi wyznaczyć te, które najbardziej mi przypadły do gustu, które stały się moimi ulubionymi, nakłaniającymi do refleksji… Wyznaczyłam więc pięć:

5. „Śniadanie u Tiffany’ego” Truman Capote
           
To, co zachwyciło mnie w tej książce to swoboda, pewnego rodzaju lekkość i zagadkowość głównej bohaterki. Mimo, że wszystkie wydarzenia kręcą się wokół niej, wciąż niewiele o niej wiadomo. I chociaż książka ma swoich zagorzałych krytyków ja zdecydowanie do nich nie należę.

4. „Popiół i żar” znane bardziej jako: ”Prochy Angeli” Frank McCourt

Doceniam książki, które są prawdziwe w swoim wydźwięku. Szczere. Książka Franka McCourta zdecydowanie taka jest, a autor posiadał niesamowity dar opowiadania rzeczy z takiej perspektywy, jaką widział będąc dzieckiem. Zdecydowanie mnie kupił tą powieścią!

3. „Wielki Gatsby” Francis Scott Fitzgerald

Świat lat 20 ubiegłego wieku fascynował mnie już długi czas. Zagadkowa postać Gatsbiego przykuła moją uwagę, ale to właśnie epoka, w której toczą się wydarzenia zapewne bardziej zachęciła mnie do czytania i polubienia tej powieści. Oprócz tego mnogość tego co kocham najbardziej –refleksji…

2.„Wodnikiowe Wzgórze” Richard Adams

W tej książce najbardziej zachwycił mnie sam pomysł stworzenia świata, w którym bohaterami są króliki. Książka zmuszała do refleksji, pokazywała harmonię świata, przekonywała o znaczeniu odwagi w życiu i o kreowaniu świata utopijnego, gdzie każdy powinien żyć w zgodzie.

1. „Gady” Mirosław Sokołowski

Być może ocena tej książki oparta jest na tym, że przeczytałam ją stosunkowo niedawno, ale jest to powieść, która w minionym roku wstrząsnęła mną najbardziej, pozwoliła dostrzec ponad stereotypy i przede wszystkim pamiętać, że ludzie nie koniecznie są tacy, jak wydaje się nam na pierwszy rzut oka…

Oprócz TOP5 zachwyciły mnie takie książki jak „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” ; seria „Metro 2033” ; „Poradnik pozytywnego myślenia” ; „Zbrodnia i kara” i „Pan Tadeusz”.

Jednakże nie mam zamiaru zwalniać tempa! Przede mną jeszcze wiele książek, które czekają na swoją kolej. Moje czytelnicze plany na przyszłość? Przede wszystkim dokończenie trylogii Millenium („Dziewczyna, która igrała z ogniem” już spoczywa na mojej półce). Z tego co wiem szykuje się nowa powieść z serii „Uniwersum Metro 2033”, więc czekam z niecierpliwością! Chciałabym również bardziej zaznajomić się z twórczością Kinga, ponieważ jeśli śledzicie mojego bloga, na pewno wiecie, że z jego oceną bywało różnie. Co więcej? Skończenie młodzieżowych serii „Plotkara” i „GONE” i determinacja, by zabrać się za książki opisujące to, co wydarzyło się kiedyś, dawno, przed i w czasie wojny. I konfrontacja z twórczością Krajewskiego… Zapowiada się ciekawy rok!

Korzystając z okazji, chciałabym Wam życzyć szczęśliwego Nowego (2014) Roku. Żeby Wasze najskrytsze marzenia się spełniły, a pasja literacka lub filmowa rosła w siłę.
A teraz nic tylko wskoczyć w sukienkę i przygotowywać się do Sylwestra  :)

Do zobaczenia w przyszłym roku!  


poniedziałek, 30 grudnia 2013

Burleska (Burlesque)

Gatunek: musical
Rok produkcji: 2010 rok
Czas trwania: 119 min.

            Musicale od wielu lat cieszą się niesłabnącą popularnością, a ich twórcy prześcigają się w pomysłach, co zrobić, by przyciągnąć jak najwięcej widzów gotowych zostawić w kinie czy teatrze jak najwięcej gotówki. Musicale gwarantują strumienie pieniędzy producentom, a w zamian dają odbiorcy nacieszyć się widokiem pięknych, błyszczących strojów, o których zawsze marzyliśmy…
            „Burleska” to musical, który przyciąga przede wszystkim swoją gwiazdorską obsadą, a raczej gwiazdorskimi i, powiem to, wielkimi głosami Cher i Christiny Aguilery. Ta pierwsza wciela się w postać właścicielki podupadającego teatru The Burlesque Lounge, z kolei druga próbuje odnaleźć się w roli dziewczyny z wielkimi marzeniami i jeszcze większymi ambicjami. Ich spotkanie jest nieuchronne, ale jak poskutkuje?
            Ali (Christina Aguilera) planuje opuścić swoje rodzinne miasto leżące w Iowa i wyruszyć na spotkanie marzeniom. Musi odnaleźć się w wielkim mieście jakim jest LA i próbować przetrwać, a także odkryć w sobie śmiałość i determinację. Ali jest bohaterka skonkretyzowaną, ukształtowaną przez los i wczesną stratę matki.
            Pewnego razu dziewczyna wkracza do fascynującego i zupełnie dla niej nowego świata. Dzieje się to w chwili, gdy przekracza próg teatru, którego właścicielką jest Tess (Cher). Ali jest zafascynowana znakomitymi układami choreograficznymi, połyskującymi strojami i gracją z jaką występują największe gwiazdy teatru. Oczarowana tym miejscem dziewczyna zaczyna marzyć, by także wystąpić na scenie. Niestety Tess nie szuka kolejnej tancerki przy okazji doskonale kryjąc fakt, iż jest na granicy bankructwa. Kryjąc ten fakt lub wmawiając nawet samej sobie, że przecież nie ma żadnego problemu…
            Ali musi zadowolić się posadą kelnerki, którą zdobyła również dzięki szczęściu i świeżej znajomości z przystojnym i nie mniej czarującym kelnerem Jackiem. Kilka niefortunnych wydarzeń sprawia, że Ali wprowadza się do mieszkania Jacka, akceptując fakt, że mężczyzna jest zaręczony…
            Dziewczynie pozostają marzenia o wielkiej sławie, a raczej występach na deskach tego małego teatru. I chociaż Tess pozostaje niewzruszona na prośby dziewczyny o pracę, nie wie, że Ali również kryje sekret jakim jest wielki talent. Jej śpiew i ruchy mogą przyciągnąć masę klientów, ale czy Tess jest w stanie to zauważyć?
            „Burleska” to film, który naprawdę mi się spodobał. Od długiego czasu gustuję w musicalach i wciąż utwierdzam się w przekonaniu, że jest to słuszna postawa. I chociaż, dość paradoksalnie, najpierw zetknęłam się ze ścieżką dźwiękową „Burleski”, a dopiero potem z samym filmem, nie przeszkodziło mi to w jego oglądaniu.
            Chociaż początek filmu nie jest zbyt porywający, potrafię to zrozumieć koniecznością rozkręcenia fabuły. Potem jest tylko lepiej. Ogromnym (o ile nie największym) atutem filmu jest głos Aguilery, który swoją barwą i siłą przyciąga nawet największych sceptyków. Bezapelacyjnie jest wielki. A czy nie o to chodzi w musicalach, żeby rozkoszować się grą aktorską zdominowaną przez wokal?
W każdym razie polecam serdecznie.





Ocena: 8,5


niedziela, 29 grudnia 2013

Kordian

Autor: Juliusz Słowacki
Liczba stron: 154
Wydawnictwo: GREG
Cena rynkowa: 9,35 zł

            Nigdy nie przepadałam za twórczością Juliusza Słowackiego. Nieco paradoksalnie, ponieważ z natury lubię twórczość epoki romantyzmu i wszelką uczuciowość z nią związaną. Przejaw buntu, chęć walki, odkrywanie tożsamości… Słowacki jednakże był dla mnie mistrzem nieobjawionym, twórcą z talentem, ale bez wyrazu. Bez tego, co znajdowałam u Norwida czy u  niedoścignionego przez nikogo Mickiewicza.
            „Kordian” to dramat, który należy umieć czytać, chociaż jest to chyba rezultat wpływów romantyzmu. Podczas czytania tego krótkiego dzieła, czytelnik musi skonfrontować się z mnogością miejsc, akcji, uczuć.
            Skłamałabym, gdybym stwierdziła, że nie dostrzegam geniuszu podczas czytania „Kordiana”, wręcz przeciwnie, mam świadomość, że tylko geniusz mógł go napisać. Jednakże mając świadomość jak wiele osób na słowo Kordian reaguje grymasem twarzy, również potrafię ich zrozumieć. Ludzie nie są przystosowani do fantastyki, która objawia się tylko częściowo. Zaczynając więc kpić ze słynnego lotu na chmurze czy samobójstwie, które ostatecznie nie niesie śmierci.
            Zatraca się więc sens dzieła. Zatraca się to, co prawdopodobnie Słowacki tak bardzo pragnął przekazać, być może dorównać „Dziadom”, stwarzając przesłanie, które po tylu wiekach wciąż zostaje zauważone przez nielicznych.
            Ówczesny świat sprzyja zatraceniu wrażliwości, która potrzebna jest przy czytaniu jakiegokolwiek dzieła literackiego, a przy czytaniu „Kordiana” wręcz niezbędna (zaraz przy zrozumieniu i niejako usprawiedliwianiu czynów ludzkich).
            Kordian to bohater sprzeczny, nijak budzący sympatię, aczkolwiek bardzo samotny (czyżby wpływy werterowskie?). Już jako nastolatek bywa rozdrażniony, zamyślony i przejawia indywidualizm. Nie czuje spełnienia życiowego ani nie dostrzega ambicji, by mogło to ulec zmianie. Decyduje się na samobójstwo.
            Później spotykamy bohatera przemierzającego różnorodne miejsca i szukającego drogi do szczęścia –poprzez miłość i wiarę Kordian odkrywa, że nic nie może zapełnić pustki w jego sercu, zabliźnić nie do końca określonej rany. Potem czytelnikowi przyjdzie się spotkać z nowym, odmienionym Kordianem, w którym budzą się żądze, jednocześnie nie przejmując władzy nad jego zakompleksionym ego. Polska znajduje się w trudnej sytuacji, a to właśnie Kordian może stać się jej wybawicielem. Niesiony na chmurze przybywa do ojczyzny...
            „Kordian” to książka przede wszystkim dziwna. Czytelnik musi się skupić na tym co czyta podwójnie, ponieważ akcja dzieje się bardzo szybko, chociaż momentami staje się monotonna i niektórym może wydawać się naprawdę nudna czy też bezsensowna.
            Do tego dochodzi fakt, iż „Kordian” jest lekturą szkolną, więc w rezultacie nie nudzi zbyt pozytywnych skojarzeń. Jednakże czytanie „Kordiana” ma swoje plusy… Ja dostrzegam taki, że utwierdziłam się w moim przekonaniu na temat Słowackiego. A to zawsze coś.

Ocena: 6


Otom ja sam jak drzewo zwarzone od kiści, Sto we mnie żądz, sto uczuć, sto uwiędłych liści.

piątek, 27 grudnia 2013

Gady

Autor: Mirosław Sokołowski
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 548

            Są książki, po których pragniemy milczeć, oddawać szacunek przeczytanej treści i pogrążyć się w rozmyślaniach. Nad tym, co przeczytaliśmy, co było tak prawdziwe, tak realne, tak bliskie… Jednakże w naszych umysłach powinna zrodzić się potrzeba rozmowy. Są tematy, które mimo tego, że niosą ze sobą ogromny ból, powinny być wykrzyczane, poruszane. Należy dostrzec ich głębię pośród napływu banalności. Należy odtworzyć się na wrażliwość, której w ludzkich sercach wciąż jest tak bardzo mało.
            Narkomania to w Polsce wciąż aktualny problem, jednakże większość z nas przechodzi obok niego obojętnie. No bo co zwykły człowiek może zrobić? Jak pomóc? Nikt nie dostarcza nam odpowiedzi.
            Czytając taką powieść jak „Gady” –pełną szczerości, nieraz brutalną w swoim wydźwięku, po prostu prawdziwą –można się przekonać, że osoba uzależniona od narkotyków również może być kimś wykształconym, pełnym ambicji, inteligentnym. Przyznam, że na moich ustach pojawił się blady uśmiech, gdy czytając „Gady” znalazłam w nich odwołanie do „Boskiej Komedii”, którą osobiście również czytałam. Dopiero po chwili uśmiech ten przekształcił się w smutek i pewnego rodzaju żal… Tak zwyczajnie. Po prostu.
            Myślę, że właśnie tak należy mówić o tej pozycji –po prostu i zwyczajnie. Nikt nie oczekuje przecież wyniosłych słów. „Gady” to książka, która jest przestrogą, napomnieniem o tym, jak nałóg może zniewolić, jak przeszkadza w osiągnięciu wolności. Jest to również opowieść o dążeniu do wyzwolenia i z góry przegranej walce.
            Książka ma formę relacji (pierwszoosobowej) z przebytej drogi pełnej cierpienia. Co ciekawe sprawia, że w czytelniku budzi się sympatia do głównego bohatera i cicha, złudna myśl, by wszystko dobrze się skończyło. Odkrywa się w niej nie tylko kogoś, kto nie widzi ratunku, ale przede wszystkim osobą czującą, wrażliwą, zagubioną i rozpaczliwie szukającą ratunku. Czytelnik poznaje bohatera i czuje do niego więź, dzięki narracji i prawdziwości uczuć.
            Jest dla mnie rzeczą wręcz niedopuszczalną, że wiedza o „Gadach” została tak bardzo stłumiona. Książkę jest trudno dostać w księgarniach jak również w bibliotekach podczas, gdy „Pamiętnik Narkomanki” wręcz zalega na półkach. Nie chcę porównywać tych książek, ponieważ każda z nich niesie inną historię(może lepiej powiedzieć, tę samą, ale tak bardzo odmienną), ale uważam, że dzięki „Gadom” można o wiele bardziej zrozumieć istotę tego nałogu. Autor tłumaczy działanie narkotyku, swoje wątpliwości, a także cykl życia narkomana. Nie odwołuje się wyłącznie do swoich odczuć, stara się okazać czytelnikowi brutalność całego swojego świata. Świata pogrążonego w nałogu.
            Nie rozumiem również, dlaczego polskiej młodzieży zamiast „Gadów” poleca się „My, dzieci z dworca ZOO”. Obie te książki zdecydowanie mogą podziałać profilaktycznie, wytworzyć lęk przed nałogiem, ale ta pierwsza jak żadna inna przedstawia realia polskiej areny walki z narkomanią. Poprzez sposoby zdobywania „życiodajnego” płynu, samo napomknięcie o tak zwanej polskiej heroinie, czyli kompocie, a  w końcu przedstawiającej realia dotyczące detoksu i Monaru, tak istotnego dla polskiej walki z narkomanią.
            Według mnie „Gady” wnoszą ogromną wiedzę dla czytelnika, poszerzają jego rozumienie, co więcej, ośmielam się stwierdzić, że umożliwiają mu to zrozumienie. I ukazują prawdę za całą jej brutalnością. Pokazują jak ogromny ból może nieść samo życie, a jednocześnie jak ogromna może być wola życia –normalnego życia –i strach przed śmiercią.
Zdjęcie pochodzi ze strony: antykwariat.tezeusz.pl
            Pokazują również, że mimo życie jest walką, a nałóg okrucieństwem i bólem, nikt nie wybiera tych dwóch czynników dobrowolnie. Nigdy. Polecam wszystkim tym, którzy mają serce gotowe do wzruszenia.



Ocena: 10


    Tak wiele się zmieniło od tamtego czasu, że teraz spoglądałem na przeszłość niczym na nierealny sen. Dziś w tym samym miejscu leżałem złamany strasznym zwątpieniem, prawie zupełnie pozbawionym nadziei. Jak to się dzieje [...] , że dobrowolnie skazuje się na męki, chociaż nie wierzę, że to cokolwiek da. A może za każdym razem łudzę się jednak, że stanie się cud [...]. Chyba tak jest bo inaczej wszystko nie ma sensu- pozostałaby już tylko śmierć... A ja nie chciałem umierać, chociaż było mi tak źle. [...] A tylko mój obecny stan doprowadzał mnie do depresji w której samobójstwo wydawało się jedynym rozwiązaniem.  

czwartek, 26 grudnia 2013

Szewc z Lichtenrade

Autor: Andrzej Pilipiuk
Liczba stron: 384
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cena rynkowa: 39,90 zł

         Zawsze fascynował mnie fakt, iż wciąż istnieją ludzie, którzy nie mogą żyć bez historii. Osobiście uwielbiam tę naukę, a badanie przeszłości nieodłącznie wiąże się z odkrywaniem części siebie, umiejscowieniem i odkryciem swojej tożsamości. Wytworzeniem wspólnoty, odkryciem tego, co może zafascynować…
            Przez książkę „Szewc z Lichtenrade” możemy doświadczyć podobnego obcowania z przeszłością. Andrzej Pilipiuk umiejętnie przełożył do niej wiedzę i doświadczenie wynikające z bycia archeologiem. Bo kto może właściwie opowiadać o historii, a nawet opowiadać historię, jeśli nie ktoś, kto zupełnie był jej oddany…?
            Było to moje pierwsze zetknięcie z autorem i możecie mi wierzyć, że książka musiała być dobra, gdyż zdecydowanie postanowiłam, że jego pozostałe pozycje.
            „Szewc z Lichtenrade” to zbiór opowiadań utrzymanych w historyczno-fantastycznej aurze, która przede wszystkim budzi wyobraźnię czytelnika, ale nie mniej pod pewnym względem nakłania do refleksji, a także po prostu –zaciekawia. Charakteru opowiadaniom dodaje szczegół, który jest przeze mnie wprost uwielbiany –zakończenia otwarte! Po prostu mistrzostwo w budowaniu napięcia.
            Jeszcze jeden szczegół w tym zbiorze opowiadań sprawił, że wzbudziły moje dość duże zainteresowanie. Wyszczególnienie różnych rodzajów narracji (użycie narracji pierwszoosobowej w jednym opowiadaniu, by w kolejnym użyć jej w trzeciej osobie) sprawiło, że opowiadania stały się różnorodne, niektóre bardziej intymne, bliższe czytelnikowi.
Oczywiście –jedne opowiadania są lepsze, drugie gorsze, ale myślę, że zjawisko to występuje w każdym takim zbiorze i w dużej mierze zależy od charakteru czytelnika i od tego, co jest dla niego ważne, poruszające etc.
Ważne w tej pozycji jest zmienianie tematów. Czytelnik się nie nudzi, ale czyta pochłaniając kolejne strony z niespodziewaną szybkością. W jednej chwili przenosi się do końca drugiej wojny światowej i śledzi losy pewnego biednego malarza –Hitlera i jego współlokatora, który marzy tylko o tym, by zażyć narkotyków kupionych od dilera Mengele („Wunderwaffe”), a już w następnej śledzi zagadkę powiązaną z faktem, iż każdy biznes w okolicy musi zakończyć się klęską („Ludzie, którzy wiedzą”).
Mnie najbardziej do gustu przypadły opowiadania dotyczące Roberta Storma, który uwielbia kolekcjonować historyczne przedmioty i rozwiązywać zagadki minionych wieków. Dobrze, że Pilipiuk wraca do bohaterów w niektórych, kolejnych opowiadaniach, ponieważ, jak wiadomo, często wytwarza się więź między czytelnikiem a bohaterem literackim. I chociaż jest to szalone, pozostaje prawdziwe.
Myślę, że osoby zafascynowane historią również będą oczarowane tą książką, ale dla miłośników kryminałów i zagadek Pilipiuk także przygotować kilka dobrych kąsków. Żeby czytać tego autora, trzeba lubić skonkretyzowane rzeczy, żeby go zrozumieć należy również się nimi fascynować. „Szewc z Lichtenrade” to książka dla tych, którzy to właśnie robią.

Ocena: 9


Czasem nachodzi mnie taka ochota(...) Zaszyć się gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc, siedzieć w fotelu przy kominku i czytać przez całe dnie...

wtorek, 24 grudnia 2013

Christmas time

Kolejny rok upłynął i znowu mamy święta. Czas, kiedy każdy z nas czuje ciepło na sercu i pragnie chociaż odrobiny miłości. Czas, kiedy w powietrzu unosi się aromat pierników, mandarynek i cynamonu. Czas, kiedy pragniemy bliskości. Czas, w którym zapalamy świecę i siadamy przy choince oczekując na wigilijną wieczerze. Czas miłości i wiaty w marzenia. Zatrzymania i ucieczki od codziennych zmartwień.

Kochani!
Życzę Wam w tym roku, aby każdy z was poczuł tak zwaną magię świąt, aby to ciepło zagościło również w waszych sercach. Tym samotnym życzę prawdziwej miłości, która rozczuli wasze serca. Tym zakochanym życzę, by trwali w tym stanie. A tym, którzy kochają swoją samotność życzę dalszej samotni. 
Oby był to dla Was czas ciepła i rodzinnych spotkań, czas miłości i zmian na lepsze. 

Nie zapominajcie, żeby ten rok był zaczytany! I oczywiście rozkoszujcie się wspaniałymi potrawami, które smakują tak dobrze tylko w ten jeden dzień do roku!!!

WESOŁYCH ŚWIĄT!

niedziela, 22 grudnia 2013

Korzenie niebios (Le radici del cielo)

Autor: Tullio Avoledo
Liczba stron: 608
Wydawnictwo: Insignis
Cena rynkowa: 39,99 zł

            Co jakiś czas na polskim rynku ukazuje się kolejna część „Uniwersum Metro 2033”, a w księgarniach przybywa klientów gotowych wydać pieniądze, by skompletować swój zbiór. „Korzenie niebios” to pierwsza nierosyjska książka z tego cyklu. Nie tylko nierosyjski jest autor ksiązki, ale przede wszystkim następuje znacząca zmiana –akcja rozgrywa się we Włoszech. Po raz kolejny czytelnik przenosi się do umarłego świata, bez nadziei na poprawę, bez wiary w swoje czyny, gdzie każdy dzień jest walką o przetrwanie, a każda chwila niekończącą się męką i żalem nad gatunkiem ludzkim…
            Przenosimy się do rzymskich katakumb, które są jednymi z ostatnich miejsc, gdzie Kościół ma jakiekolwiek wpływy. Zdarzenia opisywane są przez Johna Danielsa, jednego z księży, od którego może zależeć więcej, niż sądził. Zostaje mu bowiem powierzona misja, której celem jest odszukanie ostatniego członka kolegium kardynalskiego. Po wielu latach życia w ciemności lochów, z dala od światła dziennego, Daniels musi wyjść na powierzchnię i postarać się wypełnić priorytetową misję, którą wyznaczył mu Kościół.
            Kierunek jest jeden: Wenecja. Czeka go długa i męcząca droga przez tereny, gdzie nikt nie jest bezpieczny. Światło oślepia i sprawia, że wędrówka staje się wręcz niemożliwa, oczy nawykłe do ciemności podziemi nie są w stanie powrócić do świata na zewnątrz. Ludzie niczym szczury tłoczą się w lochach usiłując przetrwać, ale czy ich walka ma jakikolwiek sens? Daniels spróbuje go odszukać.
            Skażone od promieniowania powietrze staje się praktycznie tak niebezpieczne, jak mutanty, które zastąpiły ludzi we władaniu Ziemią. Wszędzie dokoła na horyzoncie widać tylko zmarzniętą ziemię, którą pokrywa spora warstwa śniegu. Czy dotarcie do celu jest w ogóle możliwe? Czy można sprzeciwić się Kościołowi?
            John Daniels podejmuje walkę, nie tylko z warunkami, jakie panują na powierzchni, ale przede wszystkim z samym sobą. Stara się odnaleźć znaczenie, jednakże jak zrobić to w świecie, który się zatracił, stał się dziki…? Daniels zostaje poddany próbie wiary i niejednokrotnie jest na skraju wytrzymałości. Codziennie walczy o życie i staje się świadkiem okrucieństwa, przed którym nie cofa się już prawie żaden człowiek. Wydaje się, że ludzie zapomnieli czym jest człowieczeństwo… Lub pokazują swoją prawdziwą naturę pozbawioną maski narzucanej przed cywilizację…
            „Korzenie Niebios” wzbudziły niemałe kontrowersje. Osobiście stwierdzam, że w tej książce brakowało po prostu klimatu, który ofiarowali nam rosyjscy pisarze. Powieść jest dobra, język jest świetny, a całość czyta się sprawnie, ale według mnie wśród tego wszystkiego, gdzieś został zatracony sens powieści dotyczących „Metra 2033”. Nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że pozycja mi się nie podobała, bo byłaby to nieprawda, jednakże może faktycznie coś jest tutaj przesadzone.
            Natknęłam się na różne opinie dotyczące tej książki, dla mnie pozostaje ona jedynie przeciętnym elementem „Uniwersum…”. Jako osobna powieść może o wiele by zyskała, jednakże pamiętajmy, że bazując na wcześniej stworzonym pomyśle, należy wysilić się dwa razy bardziej. W „Korzeniach niebios” mi tego zabrakło.

Ocena: 7


Musimy patrzeć w przód, cały czas w przód. Przeszłość to mauzoleum nękane przez upiory. Ale gdzieś w środku, w skrytości serca, strzeżemy pamięci o minionych czasach, jak skąpiec strzeże swojego skarbu.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Zaginiony symbol (The lost symbol)

Autor: Dan Brown
Liczna stron: 623
Wydawnictwo: Sonia Draga, Albatros
Cena rynkowa: 36 zł

            Dan Brown wtargnął na rynek literacki przebojem wydając swoje dwie kultowe powieści: „Anioły i Demony” oraz „Kod Leonarda da Vinci”. I chociaż w księgarniach i bibliotekach możemy znaleźć inne pozycje tego autora, to i tak seria o Robercie Langdonie pozostaje najbardziej popularna.
            „Zaginiony symbol” to już trzeci tom opisujący wydarzenia z życia tego niezwykłego historyka i badacza symboli. Jako, że niedawno na półki sklepów trafiła już czwarta cześć zatytułowana „Inferno”, którą zapewne niedługo nabędę, to postanowiłam, że warto przypomnieć to, co dotychczas mogliśmy przeczytać.
            Tym razem Robert Langdon dostaje kuszącą propozycję przyjazdu do Waszyngtonu i wygłoszenia przemówienia na Kapitolu. Robert przystaje na propozycje, szczególnie, że wypływa ona od przyjaciela głównego bohatera –Petera Salomona, jednego z członków loży masońskiej.
            Gdy Langdon dociera na miejsce, okazuje się, że zaproszenie jest chytrym spiskiem, a raczej pułapką, która miała na celu zwabienie badacza do Waszyngtonu. Langdon dokonuje przerażającego odkrycia –znajduje dłoń Salomona z wytatuowanymi znakami, które musi odszyfrować. Na jednym z palców dumnie spoczywa bezużyteczny teraz masoński pierścień.
            Langdon ma jeden skonkretyzowany cel –ocalić przyjaciela, wyswobodzić go od wroga. Co gorsza, jak zwykle ma mało czasu. Zdecydowanie nie jest to komfortowa sytuacja. Godziny mijają, czasu nie przybywa, a życie przyjaciela wisi na włosku.
            Bohater decyduje się wkroczyć do gry i podążać za szlakami, jest gotowy na wszystko, aby odnaleźć przyjaciela. Rozpoczyna się dzika gonitwa szlakami Waszyngtonu, pełna niesamowitych przygód, zagadkowych miejsc i oczywiście rzeczy, na której Langdon zna się najlepiej ze wszystkich –tajemniczych symboli…
            Dan Brown świetnie wykreował głównego bohatera swoich książek i sukcesywnie przedłuża cykl powieści z nim związanych. Chociaż przyznam otwarcie, iż poprzednie części zdecydowanie bardziej mi się podobały, ta wcale tak bardzo nie odstaje. „Zaginiony symbol” ma wszystko, czego wymaga dobra książka tego typu –zagadkę, porywającą fabułę, dobrze skonstruowanego bohatera i elementy, które zaciekawiają czytelnika.
            Według mnie Brown obdarzył tę powieść naprawdę świetną rzeczą, która pojawiała się we wcześniejszych jego utworach, czyli ukazanie symboli takimi, jakie są w rzeczywistości. Dzięki temu czytelnik samodzielnie może próbować domyśleć się niektórych kwestii, czy z sukcesem? O tym przekonacie się sami. Jeśli spodobały się wam „Kod Leonarda da Vinci” oraz „Anioły i demony”, to „Zaginiony symbol” również powinien wam przypaść do gustu. Poruszanie kwestii iluminatów i loży masońskiej urozmaica powieść, obdarza ją ciekawymi wątkami i wielkimi możliwościami, płynącymi z tajemniczości. Nic tylko czytać.

Ocena: 7

Jedynie ofiarowując to, co najcenniejsze, człowiek może zdobyć największą moc.

niedziela, 17 listopada 2013

Pamiętnik Narkomanki

       Chociaż rzeczywistość jest brutalna i zdecydowanie inna niż wszyscy byśmy chcieli, jedno jest pewne –narkomania nie robi już na ludziach takiego wrażenia jak kiedyś. Narkotyki nas otaczają, ciągle słyszymy o coraz nowszych, silniejszych substancjach, ludzie umierają z przedawkowania, zatracają swoją osobowość, swoje człowieczeństwo, a my zachowujemy bierność i bezwzględność. Może powinniśmy się zatrzymać, zastanowić i pomyśleć, czy nasza nieczułość i oswojenie z tym tematem jest prawidłową reakcją.
            Sięgnęłam po „Pamiętnik narkomanki” z brakiem wygórowanych oczekiwań. Nie spodziewałam się, że w tej książce znajdę coś, co skrajnie mnie zszokuje. Wcześniej czytałam już między innymi „My, dzieci z dworca ZOO” więc być może słusznie stwierdziłam, że Barbara Rosiek nie da mi dzięki swojej książce czegoś podobnego, równie wstrząsającego, realnego, dotykającego skonkretyzowane punkty wrażliwości.
            Jednakże „Pamiętnik narkomanki” bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Być może stało się tak dlatego, iż patrzałam na tę powieść już bardziej dojrzale, z większym dystansem, dzięki czemu mogłam doświadczyć czegoś, co dla mnie było bardzo cenne.
            Oprócz opisu  walki z nałogiem, w „Pamiętniku narkomanki” znajdziemy bardzo interesującą rzecz chyba dla wszystkich, którzy interesują się resocjalizacją i historią narkomanii w Polsce. Tak, książka ta jest przedstawieniem typowo polskiego nastawienia do kwestii nałogu, może dzięki temu staje się niektórym z nas bliższa?
            Dla mnie szczególnie interesujące było śledzenie tego, jak rozwija się, a wkrótce potem także owocuje praca niesamowitego człowieka, wybitnego autorytetu –Marka Kotańskiego, założyciela Monaru. Myślę, że Barbara Rosiek nieświadomie umieściła w swojej książce, czy też jak kto woli pamiętniku, kawałek historii…
            Pomijając tę kwestię, która dla mnie stała się najbardziej istotna, „Pamiętnik narkomanki” to książka naprawdę specyficzna. Dla niektórych może wydawać się nuda, ponieważ czytelnik doświadcza krótkich, aczkolwiek niewiele wnoszących wpisów. Narkomania owszem, jest pokazana, są jej skutki, ale brak tego cierpienia, tej walki z samym sobą i obrzydzenia nałogiem w takim stopniu, jak chociażby w wyżej wymienionych przeze mnie „Dzieciach z dworca ZOO”.
            Nie doświadczamy „brudnego nałogu”, sensacji, której wszyscy gdzieś w głębi serca pragniemy, poznajemy natomiast dziewczynę, która tak jak każdy z nas ma swoje lęki i obawy, plany. Brakuje tylko marzeń, bo im bardziej główna bohaterka zatapia się w nałogu, tym bardziej nie widzi dla siebie alternatywnej ścieżki życia. A może po prostu przestajemy niektóre aspekty dostrzegać?
            Polecam tę książkę tym, którzy nie ganiają za tym by było jak najbardziej brutalnie, jak najbardziej zaskakująco, przejmująco, ale tym którzy w prostocie zdań i wypowiedzi potrafią ujrzeć prawdziwe wołanie o pomoc. Prawdziwą rozpacz z głębi tak bardzo już zniszczonej duszy. I oczywiście tym, którzy tak jak ja z chęcią wgłębiają się w historię Monaru i działalności Kotana. Myślę, że bez tej książki nie da się dobrze zrozumieć tego wspaniałego człowieka. Sięgajcie po „Pamiętnik narkomanki” świadomie i nie szukajcie kolejnej opowiastki, która pokaże Wam, że ćpanie jest złe. Myślę, że nie o to chodzi. Należy spojrzeć na osobę w nałogu i zobaczyć nie tylko więźnia swojego uzależnienia, ale także osobę, która ma swoje słabości i czasem  nie ma sił na walkę.

Ocena: 7

Po co żyjesz na tym świecie, jeżeli nic ci z tego świata nie smakuje?

sobota, 9 listopada 2013

Andy Warhol

"Każdy będzie miał kiedyś swoje 15 minut"

            Niewielu ludzi nie zna twórczości tego artysty. Charakterystyczne prace Warhola są idealnym przykładem pop-artu w jego najczystszej formie. Jednakże dla tych, którzy mimo wszystko jeszcze nie natknęli się na twórczość artysty, postanowiłam napisać tę krótką notkę.
            Warhol był osobą nieprzeciętną, popadającą w skrajności. Z jednej strony potrafił być milczący i wręcz onieśmielony, z drugiej umiejętnie manipulował ludźmi i często pozostawiał po sobie niepochlebne zdanie dotyczące swojej maniery  wśród rozmówców. Często bywał złośliwy.
            Jednakże jego skrytość pozwoliła mu oglądać świat w ciekawy sposób. Taki, który wielu z nas pragnie w sobie wyćwiczyć. Warhol był obserwatorem. I to obserwatorem nie byle jakim. Potrafił uchwycić swoim okiem znaczące szczegóły, a do tego dodawał względnie obojętne postrzeganie rzeczy. Potrafił stworzyć sztukę ze wszystkiego, nie liczyło się dla niego czy rysuję jakże znaną już teraz puszkę zupy czy może wizerunek jak najbardziej poważny –Mao Zedonga.
            Prace Warhola są rozpoznawane w mgnieniu oka, głównie dzięki pewnemu rodzajowi prostoty kreski, linearności prac i kontrastu barw.    
            Warhol także starał się zaistnieć jako reżyser. Jednakże jego dokonania można nazwać za nieco dziwne, jak np. „Empire” czyli ośmiogodzinny film poświęcony Empire State Building…

            Jedno jest pewne. Andy Warhol to artysta, o którym można pisać długie eseje, a przedstawienie jego twórczości w pigułce jest praktycznie niemożliwe. Mam jednak nadzieję, że ci, którzy jeszcze nie natknęli się na Warhola w swoim życiu, także się nim zainteresują…











środa, 6 listopada 2013

Plotkara (Gossip Girl)

Autor: Cecily von Ziegesar
Liczba stron: 223
Wydawnictwo: Amber
Cena rynkowa: 19,80 zł

            Światła Manhattanu oświetlają twarze bogatych dzieciaków. Ich złota poświata sprawia, że wydaje się, że wszystko wokół lśni… I chociaż mieszkańcy najmodniejszej stolicy świata –Nowego Jorku –wiecznie narażeni są na ataki reporterów, to i tak mają swoje sekrety. Nie oszukujmy się –wszyscy kochamy sekrety, a jeszcze bardziej kochamy je demaskować.
            Seria „Plotkara” zdobyła ogromną popularność dzięki serialowi, który powstał na jej oparciu. Opisuje to, czego ludzie najbardziej w życiu pragną, do czego dążą –sławę, miłość, pieniądze, spełnienie i seks. Świat krąży wokół tych czynników, a ludzka, z natury grzeszna egzystencja pławi się w próżności.
            W świecie bogaczy dużą, chociaż anonimową karierę robi Plotkara. Tajemnicza osoba, która ma swoje źródła w całym Nowym Jorku i przekazuje najświeższe fakty o tym, co dzieje się wśród tak bardzo podziwianych nastolatków.
            Luksus wycieka z każdego kąta, a Upper East Side kusi swoim urokiem. Któż zdoła mu się oprzeć?
            Serena van der Woodsen wraca zostaje wydalona ze szkoły z internatem i wraca w swoje rodzinne strony –do lśniącego apartamentu swoich rodziców. Czeka ją rozczarowujący powrót do liceum… Jej znajomi nie są tacy jak dawniej. Coś się zmieniło, a najlepsza przyjaciółka Sereny –Blair, nie chce nawet na nią spojrzeć.
            Serena czuje się wyobcowana i równie mocno znudzona. Szuka mocnych wrażeń, chociaż należy przyznać, że często jej rozważania są nieco infantylne. Liczy się dla niej tylko i wyłącznie dobra zabawa. Teraźniejszość jest dla niej najważniejsza, ale los jest okrutny i sprawia, że dziewczyna coraz intensywniej musi zastanawiać się także nad przyszłością… Nad uniwersytetem, nad tym co naprawdę pragnie robić… Ale jak odnaleźć się w chaosie bez pomocy przyjaciół? I wtedy, gdy Plotkara ma cię na celowniku…
            „Plotkara” opisuje zależności między grupą nastolatków, którzy często niewiele mają ze sobą wspólnego. I chociaż język książki nie jest może zbyt wymagający dla czytelnika, należy zauważyć, że książka ta to naprawdę oryginalny, ciekawy pomysł. Co czy wcześniej ktoś w ten sposób wykorzystał plotkę?
            Chociaż książka jest napisana maksymalnie prostym językiem, a rozterki bohaterów są czasami wręcz groteskowe i bezpodstawne, „Plotkarę” czyta się bardzo szybko i płynnie. Według mnie jest to idealna pozycja na deszczowy, jesienny wieczór, by odciążyć umysł od zmartwień i ciążących myśli. Jest to książka, która naprawdę może zrelaksować. A jeśli się wciągniecie, zawsze możecie obejrzeć także serial…
            Jest wiele różnych opinii na temat „Plotkary”, ja jednak stwierdzę, że jest to jedna z najlepszych młodzieżowych serii dla dziewczyn, a jak wszyscy wiemy, nie są one często zbyt ambitne stylistycznie, językowo…
Co nie oznacza, że powinniśmy je sobie odpuścić.


Ocena: 6


Nie możesz pozwolić, żeby takie dupki rządziły twoim życiem.

niedziela, 3 listopada 2013

Ludzie Boga (Des hommes et des dieux)

Rok produkcji: 2010
Gatunek: dramat
Czas trwania: 120 min

            „Ludzie Boga” to wzruszający dramat oparty na faktach opowiadający historię o grupie zakonników misjonarzy, którzy muszą odnaleźć się w zupełnie innej niż europejska rzeczywistości. Polecam ten film każdemu, kto jest otwarty na wszelkie emocje, dopuszcza do siebie wrażliwość. Jest to film naprawdę dla każdego, bez znaczenia na poglądy czy wyznanie, ponieważ pokazuje historię ludzie, którzy rodzą się wszędzie na świecie. Ludzi zdeterminowanych, wierzących w swoje poglądy, silnych, współczujących…
            Boję się, że nie wszyscy mogą docenić ogromne znaczenie tego filmu. Spotkałam się z opiniami, iż był on monotonny i nudny. Może to wynikać ze specyficznej budowy tego obrazu. Niektóre sceny są bardzo wydłużane, a także może wystąpić efekt, iż wydawać by się mogło, że nic one nie wnoszą. Dla mnie są one przede wszystkim pokazaniem codzienności. Uświadomieniem widza jak wygląda plan dnia misjonarzy. Codzienne modlitwy i pielęgnowanie ogrodu mogło być dla nich skrajnie monotonne, ale oni trwali w swoich obowiązkach, bo wiedzieli, że są potrzebni.
            Co ciekawe „Ludzie Boga” prezentuje nam dobrze rozrysowane portrety bohaterów. Chociaż żaden z nich nie sprawuje roli nadrzędnej i na nikim kamera nie skupia się szczególnie długo…
            W górach Maghrebu w Afryce znajduje się klasztor, w którym zamieszkuje ośmiu zakonników. Zdecydowaną większość ludności zamieszkujących w okolicy stanowią muzułmanie. Chrześcijańscy księża pełnią ogromną rolę dla ludzi, którzy szukają u nich pomocy. Żyją z nimi w doskonałej relacji, kochają ich i ufają. Księża natomiast świadczą im usługi lekarskie, ponieważ w nigdzie w okolicy nie można znaleźć lekarza.
            Pewnego dnia na terenie klasztoru zjawiają się muzułmanie z nakazem wywiezienia klasztornego lekarza do chorych z ich społeczeństwa. Nie jest to możliwe, jednakże mnisi nie odmawiają nigdy pomocy potrzebującym…
            Niedługo po pomocy zakonników natężają się ataki muzułmanów na chrześcijan. Nigdzie ni jest bezpiecznie. Zakonnicy muszą podjąć jedną z najważniejszych decyzji w ich życiu. Czy wyjechać do bezpiecznej Francji ratować swoje życie, czy trwać przy ludziach, którzy teraz jak nigdy wcześniej ich potrzebują? Przecież oczywistym jest, że klasztor będzie idealnym celem muzułmanów… Jaką decyzję podejmą księża?
            „Ludzie Boga” spodobał mi się dzięki jeszcze jednej rzeczy. Nie ma wyraźnego podziału na dobrych i złych. Jest za to wyraźne ukazanie tego, że dobro może być w każdym z nas tylko niektórzy nie są w stanie go w sobie zobaczyć… Polecam.


Ocena: 7,5