niedziela, 30 czerwca 2013

Wakacyjny stosik

Przyszły wakacje, a więc czas intensywnego czytania. W końcu można odrobić stracony czas i ponownie zagłębić się w świat fantazji czytając lektury. Co prawda nigdy nie narzekam na obowiązkowe, szkolne pozycje, a nawet w wakacje mam ich pełną listę, ale przyznam szczerze, że nic bardziej nie relaksuje niż kilka dokładnie wyselekcjonowanych książek.
            Ostatnimi czasy udało mi się upolować na wyprzedażach kilka naprawdę niezłych tytułów, drugie tyle pożyczyłam od przyjaciół także ilość książek, które czekają na przeczytanie jest tak ogromna, że nie zmieściły by się w kadrze mojego aparatu (który swoją drogą robi zdjęcia okropnej jakości za co was przepraszam) :)
            Wybrałam więc te, z których jestem naprawdę dumna, a także te, które postaram się przeczytać w pierwszej kolejności.


  1. Mario Puzo „Ojciec Chrzestny” –wyd. Albatros, liczba stron: 480
  2. Carlos Ruiz Zafón „Cień wiatru” –wyd. Muza SA, liczba storn: 510 
  3. Vladimir Nabakov  „Lolita” –wyd. Muza SA, liczba stron: 320 [RECENZJA]
  4. Stephen King „Miasteczko Salem” –wyd. Prószyński i S-ka, liczba stron: 525
  5. Matthew Quick „Poradnik pozytywnego myślenia” –wyd. Otwarte, liczba stron: 380 [RECENZJA]
  6. F. Scott Fitzgerald „Wielki Gatsby” –wyd. Rebis, liczba stron: 200 [RECENZJA]
  7. J.K. Rowling “Trafny wybór” –wyd. Znak, liczba stron: 510    


sobota, 29 czerwca 2013

Poradnik pozytywnego myślenia (The Silver Linings Playbook)

Autor: Matthew Quick
Liczba stron: 380
Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Cena rynkowa: 34,90 zł

            Życie to film, który musi zakończyć się happy endem –z tego założenia wychodzi główny bohater powieści „Poradnik pozytywnego myślenia” –Pat Peoples. Stara się on całkowicie wyeliminować pesymizm ze swojego życia i ćwiczy bycie miłym, a nie „stawanie na swoim”. Codziennie wykonuje męczącą serię brzuszków na specjalnym urządzeniu Stomach Master 6000 i biega kilka kilometrów…  Jednakże te niewinne z pozoru czynności, a wręcz przeciwnie –bardzo dobrze świadczące o Pacie –nie są całkowicie poprawnym zachowaniem…
            Pat ma za sobą ciężkie chwile, a rutynowe czynności pomagają mu się otrząsnąć po pobycie w ośrodku psychiatrycznym. Wszystko, co robi mężczyzna ma swój ukryty cel. Cel, w którego realizację wierzy całym sercem. Pat bowiem oczekuje na moment, kiedy powróci do żony po długiej rozłące… Sprawa jest skomplikowana, ponieważ wszyscy jego przyjaciele i cała rodzina doskonale wiedzą, że ich zejście się nie jest możliwe. Ale jak przemówić do Pata, który wciąż uparcie obstawia przy swoim zdaniu? Czy wieczny optymizm może być zły lub nawet szkodliwy?
            Rodzina Pata stara się go na siłę wepchnąć we wcześniejsze życie, pokazać mu radość i sprawić, że zapomni o Nikki –swojej żonie. Ich wysiłki nie są zbyt efektywne, ale w końcu Pat zaczyna powracać do tego, co robił wcześniej. Chodzi na mecze swojej ukochanej drużyny Orłów i staje się wiernym kibicem, co pozwala mu chociaż trochę zmniejszyć dystans między nim a jego ojcem, który wytworzył się kiedy Pat był w znacznie gorszym stanie…
            Oprócz tego Pat poznaje piękną Tiffany. I chociaż mężczyzna wciąż czeka na powrót do swojej żony między nim, a kobietą nawiązuje się specyficzna relacja, którą umownie nazwiemy przyjaźnią. Zaczynają razem biegać i chodzić w różne miejsca. Jednakże podczas tych wypadów zazwyczaj milczą…
            Pat próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości, ciągle szykuje się na ponowne zejście z Nikki, chodzi na terapię i za każdym razem zatyka uszy, gdy słyszy piosenkę „Songbird”, której wykonawcą jest Kenny G. Śmiało możemy więc powiedzieć, że jest on bardzo specyficznym głównym bohaterem. Nie uśmiecha się często, okazuje swój ból, zagubienie i nie wstydzi się łez, a jednak wciąż pozostaje niezmiennym optymistą. Przez całą książkę możemy zadawać sobie pytanie: „Jak on to robi?”. Potem uświadamiamy sobie, że optymizm to nie zawsze najlepsze wyjście z trudnych sytuacji…
            „Poradnik pozytywnego myślenia” to naprawdę wciągająca lektura, która prostym językiem przekazuje nam dość ważne wartości. Czytelnik wręcz wsiąka w akcję, co jest spotęgowane także pierwszoosobową narracją.
            Na podstawie książki powstał film o tym samym tytule, co przyczyniło się do jej popularyzacji. Tym razem nie zamierzam na to narzekać i cieszę się, że ta powieść trafi do szerszej grupy czytelników…

Ocena: 9


Patrzenie na chmury pod słońce jest bolesne, ale jak większość rzeczy, które przynoszą ból, pomaga.

piątek, 28 czerwca 2013

Beata Pawlikowska, czyli oczyszczenie duszy i wyprawa do dżungli

            W końcu zaczęły się wakacje! Co prawda pogoda za oknem kategorycznie stara nam się udowodnić, że z takimi wyznaniami musimy się jeszcze wstrzymać. Słońce kryje się za chmurami, a z nieba spadają krople deszczu. Powoli przyzwyczajamy się do panującego za oknem mroku, ale w głębi duszy przeklinamy obecne zjawiska atmosferyczne. Ale dlaczego o tym mówię? Otóż bez względu na to czy w końcu macie upragnione wolne od szkoły czy może wciąż musicie chodzić do pracy i starać się o urlop dwie książki Beaty Pawlikowskiej, które dzisiaj zaprezentuję idealnie nadają się na ten letni (względnie) czas. Są krótkie, a więc każdy znajdzie czas na ich przeczytanie, a do tego pisane są takim językiem, który sprawi, że w końcu poczujemy ciepło słońca –mimo, że autorka także nie wspomina o szczególnie pięknej pogodzie! Dobre nastawienie, optymizm i pogoda ducha –zdecydowanie tego nam potrzeba!
            Ostatnio w moje łapki wpadły dwie ksiązki autorstwa Beaty Pawlikowskiej –„Blondynka w Amazonii” z cyklu <Dzienniki z podróży> i „Podróżuj, módl się i kochaj”. Obie były bardzo krótkie (około dziewięćdziesięciu stron) także dość szybko się z nimi rozprawiłam. Szczególnie, że lektura naprawdę wciąga, ponieważ pokazuje podróżowanie ekstremalne, takie, którego się obawiamy. Myślę, że właśnie to jest najważniejszym przesłaniem książek Pawlikowskiej –uświadamiają nam one, że nasz własny strach czy uzależnienie od luksusu wymuszają na nas potrzebę drogich hoteli i wszystkiego podanego na tacy… Jednakże podróżowanie to coś więcej –to dreszczyk emocji, który pojawia się przy wędrówce w nieznane…
            „Blondynka w Amazonii” ma jedną wadę. Na co drugiej stronie znajdują się obrazki wykonane przez BeatęPawlikowską. I chociaż zazwyczaj cieszyłabym się z takiego urozmaicenia książki, tym razem nie jestem zwolenniczką takiego zabiegu. Ogromna ilość umieszczonych ilustracji sprawia, że tekst skraca nam się tylko do czterdziestu stron… Ale może na szybki relaks jest to odpowiednie? Autorka opowiada w interesujący sposób o wyprawie i przybliża nam warunki, w których musiała przetrwać. Tak więc przeżyjemy niesamowitą literacką przygodę z polowaniem na jaguara, jedzeniem mrówek i spaniem w środku dziczy…
            „Podróżuj, módl się i kochaj” to tytuł, który nawiązuje do popularnej książki „Jedz, módl się i kochaj”. Nawiązanie tytułu jest wywołane faktem, iż obie te powieści łączy tajemniczy szaman Ketu i piękna wyspa Bali. Pawlikowska opowiada o zmianach jakie pojawiły się na wyspie, pokazuje mieszkańców i wymienia zalety peleryn przeciwdeszczowych…
            Książki podróżnicze to typ powieści, który dopiero odkrywam, ale póki co, jestem kompletnie oczarowana. Wszystkie miejsca, w których osobiście zapewne sama się nie znajdę przypominają nam o potędze natury i pięknie naszego świata. Dodatkową gratką dla czytelnika jest fakt, iż w środku znajdują się fotografie, które wykonała Beata Pawlikowska podczas poszczególnych podróży.

Ocena: 7


Czy zdarza wam się, że życie chwyta was za ubranie i zatrzymuje, bo chce wam pokazać coś ważnego?

niedziela, 23 czerwca 2013

Twój na zawsze (Remember Me)

Rok produkcji: 2010
Gatunek: dramat, romantyczny
Czas trwania: 113 min.

            Lubię filmy, które wymagają od widza skupienia. Które sprawiają, że koncentrujemy się na fabule dokładnie śledząc akcję. Które nas wciągają, pozwalają się utożsamić z głównymi bohaterami i nierzadko wzruszyć, przekonać do zmian. Które po prostu działają na nas i motywują do przemyśleń. Na pewno „Twój na zawsze” jest takim filmem. W postać głównego bohatera wciela się znany głównie ze „Zmierzchu” Robert Pattinson. Muszę przyznać, że odegrał swoją rolę bardzo profesjonalnie, pokazał umiejętności i warsztat, a przede wszystkim był prawdziwy w tym, co robił.
            „Twój na zawsze” to dla mnie film o ludziach i o wiążących ich relacjach. Jak niejeden z nas wie z doświadczenia, relacje te mogą być bardzo skomplikowane. Tak jest i w tym przypadku… Tyler (Robert Pattinson) to młody człowiek, który nie radzi sobie po samobójczej śmierci swojego brata. Buntuje się przeciwko całemu światu, a w szczególności przeciwko swojemu ojcu. To właśnie jego (w tę rolę wcielił się Pierce Brosnan) Tyler obwinia za wszystkie niepowodzenia, które zdarzyły się już po wielkiej rodzinnej tragedii. Chłopak zarzuca ojcu fakt, iż porzucił jego matkę. Oprócz tego Tyler czuje, że jego ojciec zaniedbuje jego młodszą siostrę –Caroline i wiecznie nie ma dla niej czasu. Jest to dla niego wielkie rozczarowanie, ponieważ młodsza siostra jest dla chłopaka bardzo istotnym członkiem rodziny…
            Tyler nie radząc sobie ze śmiercią brata nie dba o nic i pakuje się w coraz większe kłopoty. Pewnej nocy wdaje się w bójkę, co kończy się tym, że zostaje pobity prez o wiele silniejszego od siebie policjanta. Ojciec chłopaka w akcie chwilowego miłosierdzia wyciąga syna z więzienia lecz to nie naprawia ich relacji.
            Wkrótce współlokator Tylera dowiaduje się, że policjant, który pobił chłopaka ma córkę. Obmyślają więc plan zemsty. Tyler postanawia uwieść dziewczynę, a potem ją zostawić jednocześnie ją raniąc. Problem pojawia się w momencie, kiedy chłopak uświadamia sobie, że jest zakochany. Z córką znienawidzonego policjanta –piękną Ally –zaczyna go łączyć silne uczucie. Czy jednak ona zdaje sobie sprawę z tego, czym na początku kierował się Tyler?
            Film utrzymuje wciągającą akcję poczym następuje zaskakujące zakończenie. Żeby jeszcze bardziej zachęcić Was do tego filmu, dodam, że końcówka „Twój na zawsze” jest naprawdę bardzo dobra, powiedziałabym wręcz, że mistrzowska. Oczywiście niektórym wyda się ona przesadzona, ale dla mnie była bardzo wzruszająca i niespodziewana. Temat, który poruszała w ogóle wcześniej się nie pojawiał, a więc łączył kilka naprawdę poważnych spraw. Nie tylko związanych z rodziną… Właśnie zakończenie sprawiło, że nie jest to tylko kolejna opowiastka o miłości. W moim przypadku spowodowała otępienie i lekkie niedowierzanie, którego nie wywołał żaden inny fragment filmu. Co się więc stało? Przekonajcie się sami.
            „Twój na zawsze” to film, który doskonale nadaje się dla osób wrażliwych, ale nie tylko. Może go obejrzeć właściwie każdy rodzaj widza. Znajdziemy tutaj odrobinę buntu, sensacji, miłości, niedowierzania… A czego możemy chcieć więcej?


Ocena: 9,5

Cokolwiek zrobisz w życiu będzie bez znaczenia, ale bardzo ważne jest aby coś robić... bo nikt inny nie będzie. Kiedy ktoś wchodzi do twojego życia, część ciebie mówi: "nie jestem jeszcze gotowy", ale inna część mówi: "przekonaj ją do bycia z tobą na zawsze".



sobota, 22 czerwca 2013

Lolita

Autor: Vladimir Nabokov
Liczba stron: 320
Wydawnictwo: Muza SA
Cena rynkowa: 12,99 zł

            Miłość, nadzieja czy zwykła żądza… Ludzie kierowani są świadomie oraz nieświadomie przez różnorodne czynniki, które wymuszają na nich konkretne zachowania. Często uznane przez społeczeństwo za karygodne, brutalne odstąpienie od normalności, za przestępstwa, patologię… Czytając „Lolitę” musimy być przygotowani na głównego bohatera, który właśnie wpisuje się w obraz osoby nie do końca normalnej, uznanej za pedofila. Książka ta wywołała falę krytyki i kontrowersji już od początku jej powstania. Dlaczego ludzie boją się prawdziwych zdarzeń, zboczeń, które niestety towarzyszą ludzkości od zawsze (chociaż niegdyś wcale nimi nie były)? Dlaczego nie potrafią dostrzec serca „Lolity”, prawdziwej twarzy tej powieści?
            Nie jestem pewna czy wydobyłam z tej książki to, co miało być wydobyte, ale powieść ta w pewnym dziwnym sensie mnie wzruszyła, pokazała dwa różne oblicza pewnego rodzaju zła. Może mam naturę psychologa (a właściwie psychoanalityka), ale „Lolita” ukazała mi dwie natury pedofilii, ale o tym za chwilę.
            Warto zwrócić uwagę na kilka aspektów, które nie mogą być ominięte zanim przejdę do fabuły. Po pierwsze „Lolita” w tej chwili wciąż figuruje na przeróżnych listach jako powieść kultowa, jest to już klasyk. Czy zasłużenie? Biorąc pod uwagę fakt, iż prezentuje zupełnie nowe poglądy, odmienne nawet od dzisiejszych i brutalne nawet blisko 60 lat po jej wydaniu –odpowiedź czytelnikowi nasuwa się sama. Po drugie, właśnie ten Czytelnik odgrywa największą rolę dla tej książki. Chociaż rosyjska literatura pozostaje bardzo specyficzna, nasączona skonkretyzowanym nastrojem, a w większości powieści znajdziemy zdanie w stylu „i tak drogi Czytelniku…” w „Lolicie” wręcz czujemy tę więź czytelnik-bohater. Być może jest to spowodowane autobiograficznym charakterem książki.
             I w końcu po trzecie –rzecz która najbardziej rzuciła mi się w oczy. Mimo, że „Lolita” opowiada historię pedofila, osoby o najrozmaitszych fantazjach erotycznych z młodą dziewczyną –w książce znajdziemy bardzo kulturalny język i brak jakichkolwiek przekleństw. Jakże cudownie przeczytać książkę, gdzie liczy się treść i przesłanie, a nie wulgaryzmy umieszczone w środku linijki dla zaostrzenia akcji…
            Teraz do rzeczy. Humbert Humbert, który urodził się w Paryżu przejawia zafascynowanie „nimfetkami” czyli młodymi dziewczętami, które charakteryzowały się delikatnością i pięknem. Jest to zapewne spowodowane ogromną stratą jaką przeżył jeszcze jako nastolatek. Jego ukochana o imieniu Annabel umarłą niespodziewanie na tyfus i to w momencie, kiedy zarówno Humbert jak i ona wiedzieli, że łączy ich coś szczególnego. Możliwe więc, że już jako dorosły mężczyzna szukał po prostu swojej nowej Annabel…
Humbert zawiera związek małżeński, jest on kompletnie pozbawiony uczucia i szybko kończy się rozwodem. Traf losu sprawia, że przeprowadza się do Ameryki. Ta pozornie nudna podróż okazuje się fascynującą przygodą obfitującą w niesamowite przeżycia.
Główny bohater zatrzymuje się w domostwie niejakiej Charlotty Haze w Ramsdale. Jednakże to nie ona jest główną atrakcją, a jej śliczna dwunastoletnia córka –Dolores Haze, którą Humbert przedstawia jako Lolitę. W mężczyźnie budzi się żądza i chęć zbliżenia się do dziewczynki…
            Niefortunny splot wydarzeń sprawia, że jest to dla niego możliwe. Jednakże Lolita nie jest typową, poukładaną dziewczynką. Swoim zachowaniem zmienia Humberta, a z tego nie może wyniknąć nic dobrego. Jak zakończy się związek i specyficzna więź mężczyzny w średnim wieku z nastoletnią dziewczynką? Przekonajcie się sami. Ja dodam tylko, że „Lolita” naprawdę jest małym dziełem sztuki rosyjskiej literatury i polecam ją każdemu. Tutaj nie liczą się seksualne żądze (chociaż może się tak wydawać), ale przede wszystkim ludzie, ich wspomnienia, uczucia i potrzeby…

Ocena: 8


Czy to nie dziwne, że zmysł dotyku, tak nieskończenie mniej ceniony przez ludzi od wzroku, staje się w krytycznych momentach naszym głównym, jeżeli nie jedynym, kluczem do rzeczywistości.

sobota, 15 czerwca 2013

Amelia (Le fabuleux destin d'Amélie Poulain)

Rok produkcji: 2001
Gatunek: komedia romantyczna
Czas trwania: 129 min

„Amelia” to film, który jest dla mnie pełen paradoksów. Jest idealnym przykładem tego, jaka powinna być komedia, ale jednocześnie w gruncie rzeczy wcale nią nie jest. Ukazuje ciekawą problematykę, a chociaż nie opowiada historii z odległej przeszłości przenosi nas w świat, o którym wielu z nas już zapomniało –świat wyobraźni.
Omówienie tej ekranizacji rozpocznę od genialnej obsady aktorskiej. W postać głównej bohaterki wciela się Audrey Tautou, znana głównie z takich filmów jak „Kod da Vinci” czy „Coco Chanel”. Oprócz tego na ekranie pojawia się Jamel Debbouze („Asterix i Obelix. Misja Kleopatra” ; „Opowiedz mi o deszczu”), który jest sprawcą wielu wątków komediowych.
„Amelia” zdobyła 5 nominacji do Oscara, a także przyniosła swoim twórcom wiele nagród (w tym Cesara za najlepszy film). Mimo medialnego sukcesu jaki odniosła jest jednak filmem, który pokazuje intymność myśli, ludzkie dobro i ogromną siłę wyobraźni. Jeśli miałabym wskazać jedyny minus to byłby to fakt, iż film jest odrobinę rozciągniętyo słaby argument, ale naprawdę znaczący. Oglądając „Amelię” z jednej strony byłam oczarowana fabuła, ale z drugiej pragnęłam w niektórych momentach przyspieszyć akcję… Ale jak wiecie postrzeganie filmu w dużej mierze zależy od nastroju widza…
            Kolejny aspekt –ścieżka dźwiękowa. Według mnie jest to małe dzieło sztuki, a motyw „J'y Suis Jamais Alle”, którego kompozytorem jest Yann Tiersen przebrzmiewał w moich uszach jeszcze długi okres czasu. Radosna, doskonale wyważona melodia dokładnie oddaje wszystko co jest z wiązanego z Amelią. Beztroska, radość, lekkość, bezpośredniość…
            A teraz do rzeczy. Kim jest Amelia? Jest to dziewczyna, która została wychowana tylko przez ojca z dala od rówieśników. Oczywiście ojciec nie zastąpił jej koleżanek, więc Amelia często uciekała w świat wyobraźni. Była samotniczką, która sama potrafiła sobie zrekompensować braki, którymi obdarzyło jej życie…
            Już jako dorosła kobieta odkrywa w swoim mieszkaniu tajemnicze pudełko z pamiątkami z dzieciństwa nieznanej osoby. Dziewczyna stawia sobie za cel odnalezienie właściciela pudełka i oddanie mu jego skarbów. W momencie, gdy realizuje swój cel, odkrywa jak wielką moc ma pomaganie innym. Od tej chwili stara się pomóc jak największej ilości osób jak najczęściej czyniąc dobre uczynki…Oczywiście w filmie nie mogło zabraknąć wątku miłosnego… Ale czy dziewczyna taka jak Amelia może w pełni zrozumieć czym jest miłość? A może wręcz przeciwnie –to ona rozumie ją najlepiej i nikt nie jest w stanie temu dorównać?
  
          Najważniejszą rzeczą w filmie jest zdecydowanie portret osoby Amelii. Ta nieco ekscentryczna kobieta przekazuje widzowi wielką siłę radości i dobra. Jednakże wciąż nie pozwala zapomnieć, że każdy z nas jest w pewnym sensie dziwny. Różnimy się między sobą, a połączyć nas może tylko i wyłącznie dobro w różnych jego postaciach. Niestety w życiu pojawia się także samotność…

Ocena: 8,5


Gdy palec wskazuje niebo, tylko głupiec patrzy na palec.

piątek, 14 czerwca 2013

Od pierwszego wejrzenia (At first sight)

Autor: Nicholas Sparks
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Albatros
Cena rynkowa: 26, 90 zł

            Nieraz zastanawiamy się czy miłość od pierwszego wejrzenia naprawdę istnieje. Czy mijając kogoś na ulicy możemy doznać olśnienia i wiedzieć, że to właśnie to. Czy nie potrzeba większej, głębszej relacji, aby pokochać na całe życie…? Chcemy w to wierzyć, pragniemy miłości i poczucia, że los może rozwiązać samoistnie wszystkie nasze problemy związane z samotnością…
            Nicholas Sparks jest dla mnie mistrzem przelewania emocji na papier. Umiejętnie przekazuje to, co chce przekazać, używając pewnego rodzaju prostoty i zrozumienia. Ten autor umiejętnie stara się przekazać znaczenie całej palety uczuć, które towarzyszą miłości –rozpoczynając od radości, a kończąc na zazdrości…
 Na co dzień nie gustuję w romansach, powieściach romantycznych itp., ale dostrzegam jak ważną rolę odgrywają w powieści wątki miłosne. Oprócz tego lubię od czasu do czasu sięgnąć po książki, gdzie wątek miłosny jest najważniejszy. Co nam mogą dawać takie powieści? Czy jest to złudna nadzieja, że spotkamy wymarzoną osobę, która pojawi się z nikąd i będzie z nami na zawsze? Tego nigdy nie ma u Sparksa. I za to najbardziej go cenię.
Jednakże dodatkową cechą tego autora jest pewnego rodzaju regularność. Emocje lubią się powtarzać, a perełki w zbiorze jego powieści nie występują zawsze. Musimy przypadkiem na nie natrafić… „Od pierwszego wejrzenia” jest dla mnie książką przeciętną. Dobrą, przemyślaną, ale nie jest najlepsza spośród wszystkich. Nie wyróżnia się niczym tak charakterystycznym jak np. „Jesienna Miłość”…
Jeremy Marsh porzuca karierę nowojorskiego dziennikarza i przeprowadza Się do małego miasteczka w Karolinie Północnej. Podjął on taką decyzję, aby w pełni przygotować się do ślubu z miłością swojego życia –Lexie, a także narodzin córki. Wkrótce pojawia się jednak problem. Jeremy zaczyna dostawać dziwne maile, które jednoznacznie wskazują, że Lexie nie była z nim w pełni uczciwa i dopuściła się zdrady. Podejrzenia padają więc na dobrego przyjaciela Lexie z dzieciństwa –zastępcę miejscowego szeryfa. Czy możliwe jest, że Jeremy został zdradzony, a ukochana dla której wszystko poświęcił go okłamuje? W małych miasteczkach plotki rozchodzą się z prędkością światła –tym razem nie jest inaczej. Szykuje się wielki skandal i mnóstwo niedomówień… Co wyniknie z tej sytuacji? Czy zazdrość może okazać się czymś dobrym?
Myślę, że ci, którzy wcześniej zapoznali się już z twórczością Nicholasa Sparksa nie będą zawiedzeni, jednakże jeśli dopiero planujecie swoją przygodę literacką z tym autorem, to kategorycznie Wam jej odradzam. Dlaczego? Ponieważ stworzył on znacznie lepsze powieści, które przekazują więcej wartości, bardziej wzruszają, wywołują zachwyt Sparksem…

Ocena: 7,5


Kobiety bardziej kierują się uczuciami niż mężczyźni i zazwyczaj jeśli nie są prawdomówne, wynika to z obawy, że prawda może zranić czyjeś uczucia.

środa, 12 czerwca 2013

Francuski Numer

Rok produkcji: 2006
Gatunek: komedia
Czas trwania: 99 min.

            Z czym kojarzy Wam się polskie kino? Gdybyśmy musieli odpowiedzieć na to pytanie w większości z naszych głów pojawiłoby się kolejne –o którym kinie mówimy? O tym, które oferowało nam albo świetną rozrywkę na naprawdę wysokim poziomie czy może o czasach współczesnych, które prezentują nam już nieco monotonne komedyjki romantyczne dla widzów z (przepraszam za wyrażenie) ziemniakiem zamiast mózgu. Oczywiście, że każdy lekki film ma swój urok, możemy go obejrzeć, pośmiać się, ale nigdy nie będziemy w pełni usatysfakcjonowani… Nie doświadczymy prawdziwej, szczerej idei kina.
            Czy „Francuski numer” jest filmem, który zasługuje na miano wybitnego? Absolutnie nie. Ale z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że mimo, iż powstał w schyłku czasów dobrego polskiego filmu, trzyma poziom. Jest filmem, który zapewnia nam rozrywkę podobną do tej z „Chłopaki nie płaczą” a nawet ośmielę się stwierdzić, że także przypomina mi pewien urok „Dnia Świra”.  Może nie jest inteligentną komedią z przesłaniem, ale myślę, że doskonale trafia w obrany temat. I w mentalność Polaków.
            W „Francuskim numerze” wszystko zaczyna się od mercedesa, a właściwie od jego kradzieży z jakieś warszawskiej uliczki. Ów mercedes będzie jednak towarzyszył nam przez cały film i spełniał bardzo ważną rolę –rolę transportu.
            Dziwnym trafem samochód zostaje sprzedany Magdzie, która decyduje się być kierowcą osobliwej grupki pasażerów zmierzających w stronę, a jakże, Paryża.
            Tak więc w jednym starym mercedesie znajduje się nietolerancyjny bezrobotny wraz ze swoim synem, czarnoskóry student, sławny zapaśnik, który cierpi przez swoje pochodzenie i charakterystyczny akcent oraz… pies Magdy… Czy to bardzo zróżnicowane towarzystwo przetrwa wspólną podróż przez Europę? Szczególnie, że każda kolejna godzina ciągnie się w nieskończoność i obfituje w niekoniecznie miłe wydarzenia…
            Z czasem między mężczyznami rodzi się pewna więź, coś na kształt przyjaźni, jednakże nie w dokładnym tego słowa znaczeniu…
            Pasażerowie jednak nie wiedzą, że Magda ma plan, który może okazać się dla nich wszystkich fatalny w skutkach… Oprócz tego za ich śladem podążają dwaj nieco nieudolni gangsterzy pragnący odzyskać skradzione auto. Jak rozwiąże się ta skomplikowana fabuła?
            Myślę, że dobrym powodem by obejrzeć ten film jest przede wszystkim obsada aktorska. Na ekranie możemy dostrzec m.in. Jana Frycza, Jakuba Tolaka, Macieja Stuhra, Roberta Więckiewicza i Marcina Dorocińskiego…
            „Francuski numer” to ekranizacja, która zapewni widzowi uśmiech na ustach i lekką przyjemną fabułę. Jednakże jest jedno zastrzeżenie, mianowicie nie można w pełni przestać myśleć, ponieważ każda opuszczona minuta może spowodować, że zaczniemy gubić się w wątkach. W każdym razie polecam. Sądzę, że się nie zawiedziecie, a jednocześnie skorzystacie z tego, co oferuje nam dość dobre polskie kino.

Ocena: 8

Magda: Może silnik się wychłodził.
Stefan: Taaa... silnik się wychłodził!
Magda: Nie widział pan, że stał w cieniu?.

Stefan: To co z tego, że w cieniu, a co to jest na baterie słoneczne!?


sobota, 8 czerwca 2013

Pielgrzym (O Diário de Um Mago)

Autor: Paulo Coelho
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: Świat Książki
Cena rynkowa: 9, 90zł

            „Pielgrzym” to debiutancka powieść Paulo Coelho, która przyniosła mu rozgłos i sławę na całym świecie. Można powiedzieć, że był to prolog do charakterystycznej i bardzo specyficznej kariery brazylijskiego twórcy. Nieustanne burze dotyczące jego stylu pisania nie zaprzeczą jednak temu, iż Paulo Coelho jest jednym z najlepiej znanych autorów naszych czasów, które książki sprzedają się jak świeże bułeczki. Niezależnie od tego czy lubi jego prozę czy wręcz przeciwnie –nie możemy przebić się przez każdą kolejną stronę –musimy przyznać, że osiągnął sukces.
            „Pielgrzym” to dla mnie przede wszystkim oryginalny pomysł, który pozwolił się przebić Coelho poprzez tysiące autorów i ich dzieł. Książka jest nietypową relacją z pielgrzymki, której droga prowadzi do Santiago de Compostela. Swoją wędrówkę rozpoczyna jednak z nieco ekscentrycznym towarzyszem –Petrusem.
            Przewodnik głównego bohatera poddaje go różnorodnym próbom, pokazuje rozmaite ćwiczenia woli i ciała i przede wszystkim próbuje przekazać mu istotne cechy, które mogą wzbogacić jego wnętrze. Cechy, które niestety zostają zapominane w dzisiejszej moralności świata.
            Główny bohater, pielgrzym, na swojej drodze spotyka postacie, które co najmniej możemy nazwać niezwykłymi. Doświadcza spotkania zarówno z demonami jak i aniołami. Staje przed trudnymi dylematami i próbuje rozwiązać różnorodne problemy –nawet te egzystencjalne, jednakże wciąż kieruje się przed siebie…
            Całkowicie odmienia go tajny i tajemniczy rytuał podczas ceremonii templariuszy. Dowiaduje się czym są prawdziwe wartości i gdzie może je znaleźć…    
            W moim wydaniu książki znajdowała się mapa z drogą pielgrzyma, więc było to znaczne urozmaicenie powieści. Oprócz tego książka zawiera strony, gdzie znajduje się opis poszczególnych ćwiczeń, które musiał wykonywać nasz główny bohater, aby osiągnąć harmonię i nauczyć się cierpliwości, więc możemy zaczerpnąć z tego małą inspirację jeśli chodzi o codzienne ćwiczenia.
            „Pielgrzym” tak jak każda powieść Paulo Coelho cechuje się charakterystycznym językiem i ciekawym pomysłem. Oczywiście znajdziemy w niej odrobinę monotonii i przesady, ale czymże byłby Coelho bez tych szkopułów?
            Myślę, że z tą powieścią jest jak z każdą kolejną tego autora. Musimy lubić ten charakterystyczny styl, który wnosi odrobinę filozofii i dużą część lania wody, aby prawdziwie zrozumieć poszczególną książkę. Z „Pielgrzymem” nie jest inaczej.



Ocena: 7


Kiedy kochamy lub głęboko w coś wierzymy, czujemy się silniejsi od całego świata, ogarnia nas pogoda ducha, która bierze się z pewności, że nic nie zdoła pokonać naszej wiary. Ta niepojęta siła pomaga nam podejmować trafne decyzje we właściwym czasie, a kiedy osiągniemy cel, jesteśmy zaskoczeni swoimi zdolnościami.

niedziela, 2 czerwca 2013

Feist –Metals

            Wiecie już doskonale, że muzyka to moja cicha pasja. Myślę, że większość z Was ma podobnie, dlatego oprócz książek staram się wam przybliżać różnorodne grupy muzyczne lub konkretnych artystów, których możecie nie znać, a zdecydowanie są oni warci uwagi. Dzisiaj pragnę Was zapoznać z ciekawą piosenkarką, która pochodzi z Kanady i jej krążkiem „Metals”. Feist –bo o niej mowa –zadebiutowała z krążkiem Monarch (Lay Your Jewelled Head Down). Teraz jej kariera przybrała tempa. Myślę, że możecie kojarzyć niektóre utwory tej artystki z różnorodnych reklam lub seriali, bo często się w nich pojawiają.
            „Metals” to już czwarty album Feist, który swoją premierę miał 30 września 2011 roku.  Krążek zadebiutował z pozycją 7 na liście Billboard 200.  
            Praca nad płytą wymagała ogromnego zaangażowania, szczególnie, że po klęsce (przynajmniej medialnej) jej ostatniego albumu „The Reminder” Feist zrobiła sobie znaczącą przerwę w tworzeniu muzyki.
Lista utworów:

1."The Bad in Each Other"
2. "Graveyard"
3. "Caught a Long Wind"
4. "How Come You Never Go There"
5. "A Commotion"
6. "The Circle Married the Line"
7. "Bittersweet Melodies"
8. "Anti-Pioneer"
9. "Undiscovered First"
10. "Cicadas and Gulls"
11. "Comfort Me"
12. "Get It Wrong, Get It Right"

            “Metals” obfituje w nowe rozwiązania, prezentuje nam nieco inną muzykę niż wcześniejsza twórczość Feist. Połączenie typowo współczesnych instrumentów z tymi sprzed wieków to według mnie strzał w dziesiątkę. Artystka sama stwierdziła, że na  albumie panuje większy chaos i nieład niż w jej wcześniejszych albumach.
            „Metals” to płyta, która bardzo przypadła mi do gustu. Serwuje nam nieco ekscentryczną muzykę, odcinającą się od bitów, które niestety dzisiaj żądzą współczesną muzyką. Osobiście staram się szukać muzyki dziwnej, oryginalnej i osobistej. Przekazującej nam wrażliwość i działającej na zmysły. W „Metals” to znajduję i mam nadzieję, że znajdziecie chwilkę, żeby zapoznać się z tą artystką.

Ocena: 7,5

Dirt and grass
The shadow hall
The moon sails past
Blood as ice is
An empty crisis
Lonely and last
Bring them all back to life

Brud i trawa
Sala cieni
Żagle księżyca przeszłości
Krew jak lód
Pusty kryzys
Samotny i ostatni
Sprowadź ich wszystkich z powrotem do życia

Graveyard