czwartek, 4 lutego 2016

Nagi lunch (Naked Lunch)

Autor: William Seward Burroughs
Liczba stron: 286
Wydawnictwo:  vis-a-vis/Etiuda
Cena rynkowa: 29,80 zł

            Nie gwarantuję Wam, że przebrniecie przez tę książkę. Być może odłożycie ją po kilkudziesięciu stronach zgorszeni treścią, czy brakiem fabuły. Otóż to –książka ta nie ma fabuły. Są to raczej urywki, szczątkowe stelaże opowieści nasyconych brutalnością i swoiście onirycznym światem seksu i narkotyków. Jednocześnie jest to utwór, który fascynuje swoją oryginalną i jakże nietypową formą. I zdecydowanie zapada w pamięć. Jeśli uda Wam się przeczytać „Nagi lunch” nie sądzę, że kiedykolwiek o nim zapomnicie.


            Trzeba przyznać, że wiele jest książek, w której trudno doszukać się jakiejkolwiek osi fabularnej –jednak ten brak zazwyczaj uzupełniony jest bogatymi portretami psychologicznymi czy ciekawym zarysem postaci. I chociaż w „Nagim Lunchu” tego nie znajdziemy, warto sięgnąć po tę pozycję. Dlaczego? Ponieważ jest ona niesamowitym zjawiskiem literatury amerykańskiej, a nawet światowej. Czytelnik trafia do świata absurdu, nie może do końca wiedzieć, czy to, co aktualnie czyta –rodzący się zaczątek opowieści, nie zostanie przerwany albo nie okaże się zupełnym złudzeniem.
            Nie jestem pewna, czy tę książkę można w ogóle zrozumieć –wytwarza bowiem pozór, który opiera się na zupełnej niespójności i majaczeniu, diabelsko doprawionym scenami homoseksualizmu, seksu –w tysiącach jego odcieniach –i słownictwem odpowiednim do tematyki. Jednak biorąc pod uwagę biografię jej autora staje się to dość zrozumiałe.  William Seward Burroughs  to postać, której biografia obfituje w różnorodne doświadczenia związane z narkotyzowaniem się, a „Nagi lunch” miał być pewnego rodzaju wyrazem stanu człowieka uzależnionego. Biorąc to pod uwagę, możemy określić tę książkę jako konkretny zapis narkotycznego postrzegania świata, jakieś chorej percepcji, niewyobrażalnej dla przeciętnego człowieka. I co więcej –bardzo szczerej i pod tym względem bardzo dobrej. Proza w tym wydaniu wydaje się być potokiem myśli, które pojawiają się w formie przebłysków, atakują swoją brutalnością  i abstrakcją… ale czy świat nie jest właśnie taki?
Przyznam, że kilka razy musiałam przerwać lekturę – i to z kilku powodów. Czasem miałam dość brutalnego majaczenia, a czasem po prostu było to dla mnie za dużo. Ale teraz, po skończeniu jej czytania dochodzę do wniosku, że właśnie tak ma być. Książka powinna oddziaływać na czytelnika, wywoływać pewne emocje, trafiać w najbardziej czułe punkty, a „Nagi Lunch” z pewnością to robi. I to w doskonały sposób, bo przekazuje szczerość zakamuflowaną w dziwacznej formie. Można powiedzieć, że szukam sensu tam, gdzie go nie ma, ale chyba o to chodzi. Właśnie o to, żeby tworzyć sens, czuć go – tylko dobra książka może wywołać takie rozmyślania. Dokąd zmierza ten świat? Dlaczego cała ta chora brutalność, tak niemożliwa do zrozumienia w tej książce, w rzeczywistości istnieje? Bo musicie wiedzieć, że w „Nagim Lunchu” wszystko, co jest opisane mogło się zdarzyć, fantastyki jest naprawdę mało. Ale mogło się zdarzyć tylko w jakieś chorej rzeczywistości. I jakie to bolesne, że ta rzeczywistość jest obok nas.
Co przeżywa człowiek uzależniony? Jaki świat kreuje w swojej głowie… Nie chcę wchodzić w filozofowanie, ale przyznam, że mało jest książek, które budzą we mnie tak skrajne uczucia, że nie wiem w jakiej kategorii je umieścić, ani nawet określić, czy naprawdę mi się podobają. „Nagi lunch” to mocna książka, którą polecam wszystkim, którzy szukają w literaturze czegoś więcej, a nie tylko prostej historii podanej na tacy.

Ocena: 6/10


Śmierć jest bezwonna... Nikt nie może czuć jej odoru przez różowe skręty ciała i jego czarne, krwiste filtry... Woń śmierci to kompletny brak zapachu... Brak zapachu zwraca uwagę, bo wszystko, co żyje, wydziela jakąś woń... Brak zapachu jest równie niepokojący jak absolutna ciemność, cisza, utrata orientacji w czasie i przestrzeni...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz